• ółążść‡

Cztery domki

 

Jesienne słońce ostatni raz spojrzało na uśpioną wioskę, ucałowało ciepłymi promieniami krzątających się przy domach wieśniaków, zatrzymało się jeszcze na chwilę, przywołało  mrok, który dotknął ostatnim ciepłym podmuchem cztery stojące przy lesie chatki. Słoneczko ziewnęło cicho i spokojnie zasnęło. Cztery babcie spojrzały na pomarańczową tarczę, weszły każda do swojej izby i zapaliły lampy. Zjadły kolację, zmówiły pacierze i położyły się spać. W swoich domkach prawie szczęśliwe babcie, miały jeden wielki problem – samotność. Zawsze chciały z kimś porozmawiać, wspólnie się pomodlić. Dzieci urosły a wnuki rozjechały się po świecie. Teraz, gdy zostały same ich dotychczas ciasne i małe domki stały się nazbyt wielkie. Prosiły Boga, by rozwiązał jakoś ich wielki problem, ale niebo jeśli się otwierało, to tylko, by zsyłać deszcz albo grzmot. Ich próśb ani Bóg, ani aniołowie, ani święci nie chcieli wysłuchać.

Którejś nocy obudziły się przerażone. Niebo miało krwawą barwę, a ich domki płonęły żywmy ogniem. Biegały i lamentowały w wielkim żalu. Ludziska przybiegli, starali się ugasić ogień, ale panowała susza i brakowało wody. Domy były drewniane,  niczego nie udało się uratować. To znaczy spłonęły trzy domki. Ostatni z nich był murowany, trochę się osmoli, okopcił, ale nie poniósł większej szkody. Dobrzy ludzie chcieli staruszki zabrać do siebie, ale one przyzwyczajone do swoich śmieci nie chciały się ruszyć. Pierwsza tuliła do siebie dwie kurki, które jej ocalały, druga pocieszała swojego kotka, a trzecia pieska. Ostatnia opłakiwała ogródek, który stratowano podczas gaszenia.

 

Zmęczeni chłopi wracali do swoich domów, ktoś spojrzał na wzgórze. W świetle księżyca zobaczyli rosłego mężczyznę. Siedział z głową opartą o wielką pałkę.  Przez ich plecy przeszły ciarki.

Czyżby to był Madej? – pomyśleli. Zbój, który niszczył ich plony, który nie dawał żyć kupcom i napadał nawet na królewskich rycerzy. W pobliżu rósł tyczny groch. Chwycili w dłonie mocne drwa i otoczyli zbója. Poderwał się, chwycił za pałkę  i zdzielił kilku, mocnymi uderzeniami, ale ich było wielu. Chciał uciekać. Ktoś rzucił mu pod nogi długą tyczkę.  Przewrócił się.  Dopadli go. Pewnie utłukli by go na polu, ale kobiety słysząc gwar przybiegły do nich. Ktoś miał sznur. Związano go i prowadzono do miasta. Chociaż bramy były zamknięte i podniesiony most, chłopi robili taką wrzawę, że całe miast się obudziło. Rycerz chcieli przegnać chłopów zatrzymać zbója i sobie przypisać wielki sukces, ale chłopi nie pozwolili na to. Podnieśli jeszcze większy krzyk, aż sam król przybiegł, by przekonać się o ich wielkim wyczynie. Nagrodził ich sowicie. Zbója kazał zamknąć do lochu i rozkazał, by wszyscy poszli spać. Nie gniewał się jednak stary król, że nie posłuchano jego rozkazu. Wszyscy bowiem bawili się świetnie. Wynoszono więc potrawy, grała orkiestra, śpiewano radosne pieśni i bawiono się aż do biegłego rana.  

Tylko nasze babcie siedziały zapłakane na swoich pogorzeliskach. Tuliły swoje zwierzaki i patrzyły z niedowierzaniem na czarne zgliszcza. Zbliżała się zima przemarznięte staruszki spoglądały w kierunku czwartego domu. W końcu pierwsza wzięła pod pachy swoje kurki, druga kotka, a trzecia pieska i powoli, nieśmiało udały się do domu sąsiadki. Z lękiem zapukały do drzwi.

- My tak na chwilkę do ciebie…  Chcemy się  zagrzać, bo jest zimo…

- Wejdźcie proszę, zagrzejcie się, wypijcie ziółek, mam mleko.

Kobiety patrzyły na siebie zakłopotanym wzrokiem. Zagrzały ręce, wypiły mleko, jeszcze raz popatrzyły na siebie.

- No, to my idziemy, bo na nas czas…

- Ale zrobiło się ciemno i jest zimno, może jutro pójdziecie? – mówiła gospodyni ocalałego domu.

- Może jutro będzie cieplej, to może jutro pójdziemy – mamrotały układając się do snu.

Tak było przez kilka dni. Oczywiście, babcie zaprzyjaźniły się, pokochały i  przyzwyczaiły do siebie, teraz nie mogły bez siebie żyć.

 

Śnieg pobielił pola, zbliżała się Wigilia. Na stole pojawił się biały obrus, sianko, świeca, pachniały świąteczne potrawy. Babcie złożyły ręce do modlitwy.

- Dziękuję ci dobry Boże, że jesteśmy razem – mówiła właścicielka domu.

- Dziękuję, że zbój wysłuchał naszej modlitwy i…

- Co ty gadasz, przecież to Bóg wysłuchuje modlitwy! – właścicielka kota przerwała jej ostro.

- No tak… Dziękuję ci dobry Boże, że posłałeś tego złego zbója, który źle czyniąc, wykonał nam wielkie dobro…

- Panie Boże przebacz mu grzechy i daj mu szczęśliwe życie tu na ziemi i w wieczności! – wtórowała jej druga.

- Niech kiedyś, po długim życiu spotkamy się z nim w niebie i daj Boże, byśmy mieszkały razem z nim tam w niebieskim domu – do nieba płynęły pełne miłości słowa.

 

W tym samym czasie na rynku miasta wykonano podwyższenie, sprowadzono kata i wąskimi ulicami prowadzono zbója, któremu towarzyszyły pełne nienawiści słowa i gesty zebranych. Zatrzymał się przed podestem. Sędzia spojrzał na niego groźnym wzrokiem i zapytał:

- Jakie jest twoje ostatnie życzenie?

Zbój nie zdążył odpowiedzieć, bo tłum krzyczał:

- Uciąć mu głowę! Ciąć go po kawałku! Na tortury!

Szedł biedak dalej. W górę. Duchowny z krzyżem w dłoni przystąpił do niego. Tłum nadal krzyczał:

- Niech idzie do piekła! Na co czekacie! Niech go porwą wszyscy czarci!

I tak się stało… Biedna jego grzeszna dusza, zgodnie z wołaniem tłumu ściągnęła demony i czarty. Chwyciły jego biedną duszę, wbiły w nią ostre kły i pazury, i wlekły w kierunku piekła. Wiedział, że zasłużył na to. Zrozumiał, że nie ma dla niego ratunku. Nie miał siły wołać, nie mógł się wyrwać. Zastępy szatanów wlekły go w mroczną otchłań potępienia.

          Właśnie wtedy z chatki płynęła ku niebu modlitwa czterech starszy pań.

 - Matko Boża weź w obronę tę grzeszną duszę i zaprowadź ją do nieba.  

          Maryja otworzyła bramę, bo zgraja demonów robiąca wielką wrzawę i łomot zgubiła rytm, zmieszała się, osłabły pazury, a biedna dusza biegła w kierunku Matki Bożej. Ta chwyciła ją i wciągnęła za bramę. Szatni ruszyli po swoją zdobycz. Już ją dopadali, ale brama zamknęła się, a oni z hukiem rogami uderzyli w mocny spiż. Zadudniło piekielnie. Zbiegło się całe niebo. Patrzyli zdziwieni na grzeszną duszę. Nawet Maryja rozglądała się zdziwiona, czy nie usłyszy słów z Kany:

          - Czy to twoja sprawa Niewiasto?

 

          Zbój nadal nic nie rozumiał. Patrzył na aniołów, świętych, na rajskie ogrody, na światło miłości i ciepło zbawienia.

          - Przecież nie wykonałem żadnego dobrego uczynku. Nie modliłem się. Nie zachowywałem przykazań… Jak to możliwe, że znalazłem się w niebie?!

          - Dyzma, zaprowadź swojego przyjaciela do jego domu – Matka Boża skinęła na Dobrego Łotra.

          - Chodź bracie, tam jest twoje mieszkanie… i nie zastanawiaj się skąd się tutaj wziąłeś, bo ja jestem w niebie dwa tysiące lat  i też tego nie rozumiem.

- Nie możesz spytać jakiegoś mądrego teologa – zbój odzyskał mowę i władzę w nogach.

- Teologowie tutaj gdzieś są…, ale ci mądrzy jeszcze nie przyszli. Przeżywają od wieków taki szok, jak ty przed chwilą… Ale patrz, tam właśnie aniołowie budują twój dom!

 

          Szli wolno niebieską drogą. Nagle Madej zarżał. Przetarł oczy.

          - Dyzma… przecież aniołowie rozbierają mój dom!?

          - No… tak… Rzeczywiście, zaszła jakaś pomyłka… - Dobry Łotr przebierał nerwowo nogami, prowadząc zbója w powrotnym kierunku.

          - Ja… nie nadaję się do nieba. Znalazłem się tutaj, by zobaczyć niebo, bym zrozumiał i zobaczył, co utraciłem – zbój Madej spuścił nisko głowę – bo ja nie nadaję się do nieba. Tu nie ma dla mnie miejsca… - mamrotał sam do siebie, a wielkie łzy padały na jego bose stopy.

          Patrzył smutnym wzrokiem jak znika jego dom, jak znika jego szczęście. Powoli jak rak posuwał się do tyłu. Zatrzymała go mocna ściana. Starał się iść dalej w kierunku niebieskiej bramy, ale nie mógł się poruszyć.

          - Klamka jest po prawej stronie! – święty Józef wychylił się z okna. – Chodź do mnie na górę!

          Stał oniemiały przyklejony do mocnej ściany. Jakiś anioł przesunął go w kierunku drzwi i otworzył je. Szedł wolno. Zatrzymał się, patrząc pytającym wzrokiem.

          - W ostatniej chwili doszły polecenia z ziemi. Jakieś cztery staruszki chcą tutaj koniecznie z tobą mieszkać – święty Józef patrzył na przestraszonego zbója – podobno uczyniłeś im wielką przysługę.

          - Tak… Spaliłem je…

          - Raczej zorganizowałeś im wspólne życie.

          - Przyjdą tu niebawem? Trochę mi głupio… Nie byłem dla nich zbyt miłym.

          - To prawda. Trochę przesadziłeś z tym ogniem miłości – Józef patrzył raz na zbója, to znów na obszerne komnaty - trochę musisz na nie poczekać, bo przyjechały do nich wnuki, jest im bardzo wesoło i nie myślą o śmierci – Święty Józef poklepał go po ramieniu.

         

Kamera

Msze Święte

Niedziela:

8:00, 10:30, 17:00


Dni powszednie

czas letni:       18:00

czas zimowy: 17:00

 

Zegar
Dzisiaj jest

poniedziałek,
17 czerwca 2024

(169. dzień roku)

Święta

Poniedziałek, XI Tydzień zwykły
Rok B, II
Wspomnienie św. brata Alberta Chmielowskiego, zakonnika

Licznik
Liczba wyświetleń:
971278