• ółążść‡

Cienie rzeczywistości

 

         

Książę Amadeusz poprawił się  na siodle, uderzył pieszczotliwie konia po wielkim łbie i uśmiechnął się szczerze na widok wspaniałego miasta otoczonego zielenią drzew. Słońce chyliło się ku zachodowi, liczni przechodnie szli w kierunku miejskiej bramy. Amadeusz zatrzymał konia. Ludzie poruszali się jakoś dziwnie. Przetarł oczy. Oni szli jakby obok drogi. Szli poboczem. Pobocza były kamieniste, pełne kolących krzewów, dołów. Ludzie potykali się darli o nie swoje ubrania, narzekali. Amadeusz zatrzymał się na uboczu i patrzył na to dziwne zjawisko.

- Dlaczego nikt nie idzie drogą? – spytał się o to starszego człowieka, który miał wygląd mędrca.

- Nie widzisz, że jest zajęta!? – krzyknął zdziwiony starzec patrząc na niego podejrzliwym wzrokiem.

- Przecież jest pusta, nikogo na niej nie ma.

- A to co?! To nic dla ciebie nie znaczy?! Tego nie widzisz?!

Książę zamilkł. Nie chciał denerwować starca, którego broda trzęsła się z gniewu a rękami tak wymachiwał, że zdawało się, że zaraz pofrunie. Nadal jednak widział, że droga jest całkowicie pusta zaś pobocza i rowy są pełne ludzi.

- Dlaczego oni idą rowami i poboczem.? – ponowił pytanie, gdy zauważył, że śliczna  panienka dyskretnie na niego zerka, ukazując białe ząbki.

- A którędy mają iść? Nie ma innej możliwości!

- Przecież mogą iść drogą.

Uśmiech panienki zmienił się w grymas bólu, oburzenia połączonego ze zgorszeniem. I jak przystało cnotliwej panience straciła przytomność padając w ramiona jakiegoś mięśniaka. 

Amadeusz czuł, że powiedział, coś, nie tak, jak powinien, ale nadal, nie rozumiał zachowanie ludzi. Może oni nie widzą drogi, albo mają jakiś zabobonny lęk. Postanowił działać. Uwiązał konia do pobliskiego drzewa i spokojnie wszedł na drogę. Postąpił na niej kilka kroków. Nagle usłyszał śmiertelny krzyk jakiejś niewiasty. Podbiegło w jego kierunku kilku rosłych mężczyzn, wyciągnęli go za ręce na pobocze i stłukli na kwaśne jabłko. Kilku innych ratowało czcigodną matronę, inni pomagali jej uroczej, choć sponiewieranej córce. Amadeusz wołał na pomoc, wyjaśniał i przepraszał, za czyn, którego nie wykonał. Zbiegło się wielu, ale to tylko po to, by mu jeszcze dołożyć. Przez okrzyki i przekleństwa dobiegały go zgorszone głosy.

- Bij! Zabij!

- O zgrozo!

- Na miejsce straceń z nim!

Rzeczywiście ciągnięto go na wielki plac, na środku którego wbity był wielki pal. Przywiązano go do niego. Ludzi przybywało coraz więcej. Każdy wypytywał się o jego winę i kiwał głową, wzruszał ramionami ze zgorszeniem i niedowierzaniem. W krótkim czasie tylko on jeden nie wiedział jaką popełnił zbrodnie, ale doskonale zaczynał sobie zdawać sprawę, jaką  poniesie karę. Patrzył bowiem z  przerażeniem na obnażone miecze i połyskujące włócznie. Ale nie one miały zadać mu śmiertelny cios. Całe zgromadzenie trzymało w rękach kamienie, którymi wojowniczo poruszali, szykując się  do uderzenia.

Powoli w jego kierunku szła pokrzywdzona niewiast trzymając za rękę, nie mniej sponiewieraną, swoją kilkunastoletnią córkę. Przypomniał sobie jej postać. To ona krzyczała i upadła na ziemi, kiedy on wszedł na drogę. Dopiero teraz zwrócił uwagę na córkę. Była to zapewne piękna panienka, ale grymas bólu, mieszający się ze wściekłością czynił jej buzię brzydką i odrażającą. Starsza dama krzyczała głośno wskazując na swoje sponiewierane dziecko. Po chwili zaległa cisza. Kobiecie i jej córce podano kamienie. Amadeusz skulił się. Wiele razy patrzył śmierci w oczy. Przypuszczał, że może zginąć w turnieju od mocniejszego niż on rycerza, lub pokona go krwiożerczy smok, ale… o zgrozo czyżby miał zginąć…czyżby miał być zabity przez niewiastę!? Kobieta podeszła bliżej, córka posunęła się także kilka kroków w jego kierunku. Niewiasty podniosły w górę prawice w których trzymały spore kamienie. Rzuciły z całych sił. Amadeusz otworzył zamknięte z przerażenia oczy. Chociaż odległość była bardzo bliska, kobiety chybiły. Podawano im kolejne kamienie, lecz mimo wielkiego wysiłku i trudu jaki wkładały, żaden kamień nie sięgnął celu. Zawsze rzucały metr od jego osoby. Zmęczone zniknęły w tłumie. Amadeusz odetchnął na chwilę i zamarł z przerażenia. W jego kierunku zbliżało się kilku uzbrojonych rycerzy. Błysnęła stal, podniosły się miecze, włócznie, topory i… uderzyły w piasek, który pokrywał płac. Ostra stal uderzała w to samo miejsce, co przed chwilą padały kamienie. Książe patrzył przerażonym i zdziwionym wzrokiem. Wszyscy także patrzyli na siebie bardzo zdziwieni. Patrzono, wzruszano ramionami. Po chwili ktoś podszedł do niego, dotknął delikatnie jego głowy, patrzył  przez chwilę w jego oczy, zaczął go delikatnie szczypać i zdziwiony i powoli przeciął krępujące go więzy. Młodzieniec poczuł, że jest wolny. Jego niedoszli kaci, odchodzili, a on siedział, bojąc się poruszyć.  Przecież na ich twarzach widział prawdziwy gniew. Chciano go zabić. Jednak żyje. Siedział nieruchomo. Przyglądał się ludziom. Obserwował ich. Coś zaczynało mu świtać w głowie. Zauważył, że ludzie pilnują, by nie nadepnąć na cień drugiego człowieka. Chodzili tak, by cień znajdował się na drodze, był możliwie dobrze widoczny, okazały. Ludzie dbali o swoje cienie a nie o samych siebie. Teraz, by go ukarać, pozbawić godności i życia, wielokrotnie uderzano w jego cień.

Opuszczał ostrożnie plac, siadł na wzgórku i patrzył na ludzkie cienie. Były imponujące nie tylko wielkością, bo przechodnie do kapeluszy, butów i kurtek dołączali różne ozdoby, anteny, frędzle tak, że ich cienie wyglądały wspaniale. Wzbudzały podziw nie tylko ze względy na duże rozmiary, ale także miały imponujący wygląd. Cienie mężczyzn przypominały kształty kobiece, kobiety przyozdabiały się tak, by ich cienie przypominały mężczyzn. Dzieci bardziej lubowały się w wyglądzie zwierząt, czy roślin. Bywały także widoczne cienie jakiś pozaziemskich istot. Bardziej pomysłowi korzystali, z wiatraczków, kolorowych szkieł, luster, by swojemu cieniowi nadać oryginalny kształt i wygląd. Większość sklepów i straganów oferowała liczne gadżety, mające upiększyć ludzki cień. Amadeusz zaczął się nawet  świetnie bawić, obserwując ludzi i ich cienie. Jego śmiech wzbudził jednak reakcję strażników, którzy go uspokoili szybko i skuteczni. Zrozumiał, że za naruszanie ludzkiej godności, czyli za wzgardzenie ludzkim cieniem, może znowu trafić na plac straceń. Teraz patrzył na ludzi smutnym wzrokiem, pojął, bowiem, że obecni zatracili poczucie własnej osobowości. Za realny, uznali świat cieni, nie rozumiejąc, kim są naprawdę. Nadmierne ciężary niszczyły ludziom zdrowie, wypatrzały kręgosłupy. Widział nawet, jak jakaś kobieta, by nie przystąpić czyjegoś cienia rzuciła się w bok, gdzie był głęboki rów. Utonęła w grzęzawisku. Wydobyto jej ciało, obsypano kwiatami, wysławiając jej odwagę, godność i zdolność do poświęcenia dla dobra innych.

Książę, ostrożnie posuwając się na przód odszukał konia i dosiadł go. Poruszał się dość zgrabnie, bo ludzie widząc nowy, piękny cień usuwali mu się na boki. W oddali dostrzegł  znacznych rozmiarów budynek. Przez otwarte okna zobaczył gromadkę dzieci, które pobierały naukę od wielebnej i puszystej osoby. Z dala dobiegały go moralizujące słowa:

- Posłuchajcie dzieci, liczy się dusza ludzka, ona jest najważniejsza. Ona jest nieśmiertelna więc trzeba się o nią troszczyć i dbać, by była piękna i czysta. Będziecie o tym pamiętać.

- Tak! – brzmiała równa odpowiedź.

- Ważne jest także ciało, o które należy dbać, karmić je, przyodziewać i leczyć, bo w naszym ciele mieszka dusza. Rozumiecie co do was mówię?

- Tak! – krzyczały dzieci. Najważniejsza jest dusza ale ważne jest także ciało.

- Czy widzicie tego młodzieńca za oknem?

- Widzimy ojcze.

- Jeźdźca można porównać do duszy a koń jest jak ciało, którego potrzebujemy by dojechać do nieba. Rozumiecie to.

- Tak ojcze!

- Powiedzcie mi jeszcze, czy należy troszczyć się o swój cień, jak to czyni wielu ludzi?

- Nie trzeba troszczyć się o cień! – równe głosy dziecięce dawały prawidłową odpowiedź. Okrągła twarz nauczyciela wyrażała uśmiech zadowolenia.

- Jasiu powiedz wszystkim dzieciom, dlaczego nie ma potrzeby dbać o swój cień?

- Nie ma potrzeby troszczyć się o swój cień, bo to jest tylko cień, któremu nic się nie stanie, gdy go ktoś nadepnie, lub skrzywdzi, bo on nie jest człowiekiem, tylko cieniem.

Amadeusz odetchnął z ulgą. Z uznaniem uśmiechnął się do sympatycznego nauczyciela i mądrych dzieci.

Kończyła się lekcja, nauczyciel dawał szybkie rady wychodzącym dzieciom:

- Ale, gdy będziecie wychodzić uważajcie! Uważajcie i bądźcie ostrożne! Uważajcie, by nie nadepnąć na mój cień! Jasiu coś ty zrobił! Jasiu, ty mnie zabijasz!! Nadepnąłeś na mój cień! – wołał obolałym głosem nauczyciel moralności.

Amadeusz chwycił się za głowę. Był przekonany, że spotkał w końcu normalnych ludzi. Szybko jednak się przekonał, że nauczyciele prawdy są najbardziej zakłamani ludźmi.  

Książę przejechał przez bramę miasta. Jakiś wysoki urzędnik królewski pokłonił mu się nisko i zaprosił do swojego domu. Nie mógł tego pojąć, dlaczego młodzieniec nie umarł, gdy ciskano w jego cień kamieniami, a nawet uderzano toporem i mieczem. Amadeusz był bardzo zmęczony, chętnie skorzystał z życzliwej gościnności. Oniemiałemu ze zdziwienia urzędnikowi kilkakrotnie wyjaśniał swoje zachowanie. Ten nawet ostrożnie dotykał jego cienia i lekko kuł go widelcem.  Wiedząc jednak,  wielkie zmęczenie młodzieńca ułożył go do spoczynku i zamknął drzwi.

Książę obudził się rześki i wesoły. Po spożyciu kolejnej porcji smakołyków przeszedł do ogrodu. Czekało na niego kilku wytwornie ubranych ludzi. W kilku zdaniach wyjaśnili cel swojej wizyty. Zachwyceni jego odwagą i siłą życiową pragnęli, by porozmawiał z księżniczką Zuzanną, która od kilku lat jest zamknięta w wieży i nikt nie jest w stanie jej uwolnić.

- Jestem gotów do wszelkich usług! – krzyknął książę chwytając za miecz i rozglądając się za swoim wiernym koniem – powiedzcie tylko, panowie kim jest ten śmiałek, który krzywdzi panienkę a zetrę go w proch.

- Problem w tym, że on nie istnieje, bo…

- Tym gorzej dla niego! Już jest martwy!!

- Drogi młody człowieku, posłuchaj uważnie. Panienki nikt jej nie więzi.

- Nikt, czy ktoś! Gorzko pożałuje zuchwałego postępku.

- Uspokój się młody człowieku. Księżniczka sama tam się zamknęła i nie chce opuszczać tego miejsca.

- To jest poważna sprawa, nie ma smoka, ani rozbójnika, to bardzo poważna sprawa, widzę, że problem staje się poważny, coś mi się tu komplikuje – młodzieniec usiadł na ławce – moją specjalnością jest zabijanie smoków i uwalnianie księżniczek, ale jak uwolnić tego, który nie chce być wolnym?

- To jest właśnie nasz problem, to znaczy problem króla, królowej i całego państwa. Ale, ty, młody człowieku masz tak szlachetną twarz, energię życiową, że na pewno coś wymyślisz.

 

W otoczeniu króla i królowej prowadzono młodego człowieka po krętych schodach do komnaty pośrodku której siedziała skulona i biedna księżniczka. Słysząc nadchodzących, nie podniosła nawet głowy. Jedynie jej śliczne oczka delikatnie mrugnęły. Książę stanął bardzo blisko jej głowy. Dotknął delikatnie złocistych loków. Nawet nie drgnęła. Ujął białą dłoń, nie zauważyła tego. Powiedział kila słów, nie słyszała nic. Młodzieniec patrzył na śliczną, smutną postać księżniczki. Nie wiedział, co ma powiedzieć, jak się zachować, by jej nie dokuczyć, nie sprawić większego bólu. Wydawało mu się, że gdyby klasnął w dłonie, krzyknął głośno, zabiłoby to tę mizerną postać. Zbliżył się ostrożnie, spojrzał na blade lica. By go mogła zauważyć okrążył jej fotel. Nagle księżniczka podniosła szybko głowę. Spojrzała na niego wielce zdziwiona:

- Nadepnąłeś na mój cień! – powiedziała zdziwiona – chyba wiesz , że mnie zabiłeś.

- Znowu zapomniałem o tym – odpowiedział pośpiesznie patrząc z lękiem dookoła siebie – Dobrze, że wszyscy wyszli.

Amadeusz był sam z księżniczką. Ona patrzyła na niego z uśmiechem i powtórzyła:

- Nadepnąłeś na mój cień! Zabiłeś mnie i już nie żyję!

- Jeszcze trochę żyjesz, bo rozmawiasz ze mną.

Księżniczka uśmiechnęła się, patrząc na niego radosnym, zdziwionym wzrokiem. Po chwili wstała, podniosła ręce do góry i krzyknęła:

- Spotkałam normalnego człowieka! W końcu spotkałam normalnego człowieka! Jesteś jedynym człowiekiem, który nie wierzy w te okropne cienie.

- Powiedz mi droga księżniczko jak to możliwe, że ludzie tak uporczywie dbają o to, co jest nie istotne, małoważne i prawie nie istniejące?

Młoda, niemal dziecięca twarz księżniczki stała się poważna. Po chwili mówiła spokojnym głosem.

- Ta choroba wyszła z naszego pałacu. Dawniej ludzi dbali o swoje nieśmiertelne dusze. Przyodziewali je szatami pokory, cierpliwości, miłości. Każdy dbał, by być dobrym, życzliwym i świętym. Nie dbano wtedy o odzienie, tytuły i medale. Pielęgnowano piękno serca. Ale to wymagało karności, pracy nad sobą. Zaczęto więc, zamiast o duszę dbać w nadmiarze o swoje ciała. Pielęgnowano je namaszczano, pudrowano, kąpano w olejkach i okadzano. Szybko jednak zamiast dbać o ciało zajęto się strojami, obuwiem, kapeluszami, klejnotami. Po tym przyszła kolej na strojenie domów, powozów, dbanie o ogrody zwierzęta. Teraz ludzie zajmują się swoimi cieniami. Zapominając o ogrodach, zwierzętach, strojach, nawet o swoim ciele a o istnieniu nieśmiertelnej duszy nic nie wiedzą.

- Jak można zapomnieć o tym, co jest istotne, ważne, najważniejsze – Książe irytował się na tak złą postawę naiwnych ludzi.

- Nie całkiem zapomnieli o duszy. Mówią na ten temat wiele, piszą rozprawy naukowe. Budują zmarłym okazałe grobowce, w święta umarłych wydają fortuny na kwiaty i świece. Zapalają je na grobach swoich zmarłych w takiej ilości, że nie można zbliżyć się do cmentarza by się spokojnie pomodlić.

- Ludzie mogą być aż tak głupi, że dają zmarłym to, co im jest niepotrzebne a nawet szkodliwe? – książę, który był z natury spokojny i cierpliwy wstał z fotela i nerwowo chodził po komnacie. Po chwili spojrzał na księżniczkę i rzekł:

- Nie można im powiedzieć, co jest ważne na co trzeba zwracać uwagę.

- Oni wszystko wiedzą, rozumieją, ale czynią inaczej.

Zaległa cisza. Książe przypomniał sobie purpurową postać nauczyciela prawdy i jego mądre nauki.

Do komnaty weszła służba. Niesiono zapalone świece i smaczne potrawy. Młodzi spojrzeli na świece, jasne światło i uśmiechnęli się od siebie. Widać jakaś nowa myśl pojawiła się w ich głowach. 

 

          W pałacu czyniono przygotowania do wielkiego balu. Najważniejszym momentem miał być taniec królewny i księcia. Nie znano szczegółów, ale wiedziano, że będzie to coś niezwykłego. W wyznaczonym dniu sala balowa zapełniła się biesiadnikami. Zagrała orkiestra. Wspaniały zespół taneczny, najdoskonalszy w całym państwie wykonywał taniec cieni. Bito brawa, wznoszono okrzyki, słychać było owacje wznoszone na stojąco. Oczywiście,  wszyscy zebrani obserwowali cienie i zachwycali się ich pięknem. Amadeusz i Zuzanna patrzyli na ludzkie postacie i nie mogli dostrzec harmonii i piękna.

          Kiedy ucichła orkiestra, służba zaczęła wnosić lampiony i pochodnie. Umieszczono je tak, że oświetlały ściany i posadzkę. Nie możliwe więc było by pojawił się na nich jakiś cień. Przez chwilę grała orkiestra, melodię cichą i spokojną. Ludzie patrzyli zaciekawieni. Dopiero teraz zaczęli się domyślać, że szykuje się najdziwniejsze przedstawienie. Rzeczywiście po chwili w blasku świec, pochodni i lampionów dostrzegli dwie postacie. Szli spokojnie trzymając się za ręce. Nic szczególnego, lecz wszyscy rozglądali się by zauważyć jakiś cień. Cieni nie było, bo nie mogło być. Patrzono więc na młodych ludzi. Wielu myślało, że są to nadzwyczaj piękne cienie. Inni przypomnieli sobie dawne lata, kiedy patrzono na ludzi a nawet dostrzegano miłość w ludzkich sercach. Książęca para miała na sobie skromne, lniane odzienie, posuwali się powoli i spokojnie w rytm melodii. Orkiestra zagrała skoczniej. Młodzi poderwali się, zawirowali w tanecznym uniesieniu. Ludzie stali jak skamieniali. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyli ludzi. To znaczy zawsze ich widzieli, ale patrzyli tylko na cienie. Teraz dostrzegli ludzi, prawdziwych, kochających się, szczęśliwych. Służba usuwała oświetlenie ścian, sufitu i posadzki. Pojawiły się tam cienie, ale nikt ich nie zauważył. Patrzono bowiem na młodych, którzy nadal tańczyli. Kilka osób dołączyło do nich, inni klaskali w dłonie, wznosili  do góry ręce i radosne okrzyki. Na koniec rozradowany książę pocałował ze szczęścia swoją partnerkę. Ten widok uskrzydlił wszystkich. Ruszyli do tańca. Jak kto potrafił, jak umiał, każdy skakał tańczył i bawił się.

          Amadeusz i Zuzanna usiedli zmęczeni na wielkiej ławie i patrzyli na tańczący tłum, wiedzieli, że z pałacu na cały kraj, na cały świat popłynie teraz powiew prawdy, miłości i szczęścia.

         

Kamera

Msze Święte

Niedziela:

8:00, 10:30, 17:00


Dni powszednie

czas letni:       18:00

czas zimowy: 17:00

 

Zegar
Dzisiaj jest

poniedziałek,
17 czerwca 2024

(169. dzień roku)

Święta

Poniedziałek, XI Tydzień zwykły
Rok B, II
Wspomnienie św. brata Alberta Chmielowskiego, zakonnika

Licznik
Liczba wyświetleń:
971270