• ółążść‡

Niewola

 

Na targu niewolników i w pałacu

 

          Niewolnicy z trudem wychodzili na pokład. Niektórych, bardziej schorowanych i martwych wynoszono w koszach.   Gaja szła razem z mamą Zofią i młodszą siostrą Klarą, mrużąc przyzwyczajone do mroku oczy. Jasne słońce, przez chwilę napełniało jej serce otuchą, ale głośne krzyki, ponownie spotęgowały lęk. Prowadzono ich ulicami wielkiego miasta w kierunku placu wypełnianego gwarnym ludem.

- To jest targ niewolników – szepnęła mama.

Gaja nie rozumiała słów mamy, ale czuła, że stanie się coś strasznego. Nie myliła się. Po chwili dały się  słyszeć głośne okrzyki i płacz rozdzielanych rodzin. Mama mocniej przytuliła córeczki. Nagle Gaja poczuła jak silne ramiona pochwyciły ją i pchnęły w kierunku zwartej gromady dzieci. Opierała się, ktoś uderzył biczem jej mamę. Chciała uciekać, krzyczeć, ale rosła postać zagrodziła jej drogę. Zawirował bić. Ostry ból przeszedł przez jej plecy. Zaczęła krzyczeć. Umilkła szybko, gdy kolejny raz zobaczyła podniesiony bicz. Zrozumiała natychmiast. Nie wolno krzyczeć płakać, bo będzie bardziej bolało. Ktoś pchnął ją w zwarty szereg zgromadzonych dzieci.  Po chwili prowadzono ich w kierunku wysokiego pałacu. Przestraszone dzieci weszły w mok krużganków i korytarzy. Zatrzymały się w obszernej sali. Tu każdemu dziecku dawano jakieś narzędzia.  Gaja otrzymała miotłę i kubełek. Po chwili wolno schodziła po schodach do ciemnego pomieszczenia. Ktoś wskazał jej porozrzucane śmieci. Natychmiast, mimo zmęczenia, przystąpiła do pracy. Po kilku godzinach podano posiłek i wskazano na rozrzuconą słomę. Leżało tam już kilkoro dzieci przykrytych łachmanami.  Szła we niepewnym krokiem i położyła się na barłogu. Nie mogła zasnąć. Bała się płakać, ale ogromny żal wstrząsał całym jej ciałem. Zasłaniała sobie usta rączką, by nie krzyczeć. Ktoś przechodził i uchylił drzwi. Zamarła w bezruchu. Po chwil złowieszcza postać zniknęła w mroku. Sen przyszedł do niej nagle i niespodziewanie przenosząc ją do dawnych lat i beztroskiego szczęścia.

 

 

Poranek był straszny. Kilkakrotnie zamykała oczy, bo myślała, że to, co przeżyła wczoraj, było tylko złym snem. Pragnęła obudzić się w swoim domu, spojrzeć na mamę, tatę i siostrzyczkę. Patrzyła przerażonym wzrokiem na obce ściany, małe okienka, barłóg. W oddali słyszała pełne nienawiści krzyki. One  zbliżały się do niej. Nie mała się, gdzie schować. Gruba postać z kijem w ręku patrzyła na nią złowrogo. Gaja stanęła szybko na nogach. Biegła w kierunku kuchni. Zobaczyła dzieci noszące warzywa do spiżarni. Przyłączyła się do nich. Ciągle słyszała nerwowe wołanie, krzyk bitych i przekleństwa pałacowej służby. Po kilku godzinach pracy podano im jakąś wodnistą zupę. Znowu pognano ich do pracy. Pojawił się rosły mężczyzna z biczem. Bacznie obserwował pracujące dzieci i bił mocno. Dlaczego je bił i za co, Gaja nie wiedziała i nie śmiała się pytać. Najbardziej żal jej było małej Berenike. Na tej kilkuletniej dziewczynce skupiał się gniew wielu. Krzyczano na nią, popychano, na koniec otrzymała mocne uderzenia batogiem. Gaja zobaczyła, jak na lnianej sukience malucha pojawiły się czerwone pręgi. Tak było przez kilka kolejnych dni. Berenika w pałacowej kuchni była dzieckiem do poniewierania i bicia. Któregoś dnia, gdy kolejny raz zawirował bicz, Gaja nie wytrzymała. Podbiegła szybko, spojrzała zdecydowanym wzrokiem na zagniewaną twarz i pociągnęła dziecko ku sobie. Wzięła je na ręce i pośpieszę wyszła. Była pewna, że złowrogi bicz teraz dotknie jej pleców. Tak się nie stało. Wyszła z kuchni, postawiła dziecko na posadzce i ruszyła do swoich obowiązków.

 

Może to wydawać się dziwne, bo w kuchni bito dzieci bardzo często, ale Gaję zawsze to omijało. Kiedy ktoś rozgniewany szedł w jej kierunku, ona, jak wszyscy miała wtedy wzrok spuszczony, lecz w ostatniej chwili instynktownie  podnosiła oczy i patrzyła prosto na osobę, która jej zagrażała. Atakujący,  mieszał się, gubił w działaniu i odchodził, a ją omijała kara.

Jedyną pociechą i rozrywka dla sponiewieranych dzieci był młody chłopak Dionizy, który razem z błaznem rozśmieszał ludzi.  Młodzieniec, był zdolnym akrobatą. Wpadał na krótko do kuchni, rozweselał służbę, uśmiechał się do dzieci pokazując im różne komiczne sztuczki. Wtedy na krótką chwilę, można było usłyszeć nieśmiały i cichy śmiech dzieci.

 

Mała Berenike

 

Wieczorem Gaja leżała zmęczona na barłogu. Przez małe okienko dochodziło światło pochodni. Nagle odczuła ogromy lęk. Przypomniało sobie, jak przed laty wpadła do studni. Ogarnęła ją wtedy ciemność i lodowata woda. Zaczęła krzyczeć, ale echo głębi powiększało i zniekształcało głos, wywołując w niej paniczne przerażenie, woda zalewała usta, więc dusiła się nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Po chwili jej ręka natrafiła na jakiś występ. Chwyciła się więc tego wyłomu w cembrowinie i łapała powietrze. W górze widziała maleńkie, okrągłe świtało. Potem słyszała ludzkie krzyki i światło znikło. Słyszała jakiś zgrzyt i zobaczyła ręce. To były ręce jej mamy. Kilku rosłych mężczyzn kręciło powoli kołowrotem spuszczając mamę w dół.

- Wejdź do wiaderka i trzymaj się mocno – usłyszała jej, mocny, stanowczy głos.

- A ty, mamo?!

- Lina nie wytrzyma ciężaru nas obojga, ja wyjadę następnym razem.

Posłuchała. Włożyła nóżkę do  wiadra i chwyciła linę. Powoli posuwała się ku górze, a mama zanurzał się w ciemnej wodzie. Krzyczała w kierunku mamy, chciała zeskoczyć, ale paraliżował ją potworny strach. Po chwili trzymały ją silne dłonie a wiadro ponownie mknęło w dół. Czekała na mamę. To była wieczność. Zobaczyła ją. Podbiegła, ciągnęła za rękę a potem długo tuliła się do mamy i płakała przerażona i obolała. Teraz też była przerażona i obalała, ale nie było mamy i nie mogła płakać. Przeżycie z dzieciństwa odżyło, gdy leżała na zimnym barłogu a w górze widziała małe okienko i nikłe światło.

- Mamo! – wołało jej zbolałe tęsknotą serce – mamo, przyjdź mi na pomoc! Mamo ja ciebie potrzebuję, ja się duszę ja…

- Czy będziesz moją mamą? – usłyszała cichy głos.

- Ja ciebie potrzebuję, ja umieram z tęsknoty…

- Bądź moją mamą, chociaż na chwilę…

Gaja uniosła głowę. Tuż przy niej stała mała Berenike.

- Ja… mamą? Ja jestem…

- Ty jesteś taka kochana. Mogę się przytulić do ciebie?

- Tak, tak, chodź bliżej… Tak, połóż się przy mnie, blisko… – mówiła ujmując małą rączkę.

- Grozili mi, że wrzucą mnie do lochu – Berenike po dłuższej chwili przerwała milczenie.

- Jakiego lochu?

- W ciemnym korytarzu są wielkie, czarne drzwi, tam jest loch w którym znajdują się… tam jest…

- Powiedz Berenike, co tam jest?

- Ja nie wiem, co tam jest, ale jeśli kogoś tam wrzucą to…  Stamtąd jeszcze nikt nie wrócił…

- Jeśli ciebie tam wrzucą, to ja przyjdę po ciebie. Nie pozwolę ciebie skrzywdzić, przecież jesteś moim dzieckiem. Ja dzisiaj ciebie urodziłam. Jestem twoją mamą…

Zaległa cisza. Dzieci przytuliły się do siebie. Drżały z zimna i tęsknoty. Nic nie mówiły, tylko cichy szloch rozchodził się  po piwnicznej izbie.

 

W mroku

 

Tego dnia, pierwsza kucharka biegała między służbą, zła na wszystkich, którzy weszli jej w drogę. Podobno otrzymała mocną burę od ochmistrzyni i teraz złość lała się z niej jak woda z wiadra. Wszyscy unikali jej, chowali się po kontach, by nie sponiewierał ich jej silny głos i mocne pięści. Berenike blada ze strachu i skulona, myła naczynia. Kucharka zawołała ją i kazała przynieść garnek ze spiżarni. Nie powiedziała jaki. Kiedy zobaczyła dziecko z innym naczyniem, wpadła we wściekłość. Chwyciła dziewczynkę za włosy i po posadzce ciągła w kierunku korytarza. Wszystkie dzieci zamarły w bezruchu. Tam na końcu były czarne drzwi a nieco dalej był… tak, tam tył loch. Biedna Berenike, czując zagrożenie wołała mamę, potem Gaję, potem krzyczała i błagała o litość. Na koniec prosiła, by ją bito kijem, powrozem, ale nie wrzucano do lochu. Gniew kucharki, był większy, niż płacz dziecka i jego błagania. Zaskrzypiały dębowe drzwi. Pojawiła się czarna otchłań. Po drewnianych schodach Berenike toczyła się w dół. Chciała umrzeć. Pocieszała się, że jak upadnie na dno to się zabije, zginie i nie spotka się z upiorami i demonami lochu. Uderzyła mocno o twardą posadzkę. Dotknęła rączką głowy. Zauważyła, że z rozbitej głosy leje się krew. Nie czuła jednak bólu. Lęk był większy. Bała się poruszyć. W oddali widziała gasnące światło i trzask zamykanych drzwi. Wyciągnęła w tym kierunku rączkę i szybko schowała. Bała się, że jakaś niewidzialna siła  porwie jej rączkę,  odgryzie, więc skuliła się i leżała w bezruchu. Dochodziły ją dziwne odgłosy, straszne głosy. Coś niewidzialnego szeleściło, zbliżało się do niej. Potem słyszała jakiś syk, jęk, stękanie. Ciemność dusiła i paraliżowała. Czuła, że umiera.

 

Gaja nie mogła zasnąć. Bała się, że już nigdy nie zobaczy Berenike. Starsze dzieci mówiły jej, że jeden chłopak, którego wyciągnęli z lochu,  stracił zmysły i wywieziono go do wieży szaleńców i tam pozostanie do końca życia. Gaja usiadła. Jej wyobraźnia ukazywała jej najgorsze sceny. – Berenike, to moje dziecko – powiedziała do siebie - ja obiecałam jej, że ją nigdy nie zostawię samą. Kiedy ja wpadłam do studni, mama pośpieszyła mi na pomoc… Ja muszę do niej iść! – Przysłoniła sobie usta, bojąc się, że jej myśli krzyczą w nocnej ciszy. – Niech mnie zabiją, niech wrzucą do lochu, do morza… Ja idę! Ja muszę iść!

Wstała pośpiesznie i po omacku szła w kierunku kuchennych drzwi. Za nimi był długi korytarz i czarne drzwi do lochu. W kuchni usłyszała jakiś szmer. Zatrzymała się. Nadsłuchiwała przez chwilę. Księżyc zaświecił. W nikłym świetle dostrzegła postać starej pomywaczki.

- Berenike to ty.

- Tak…

- Podejdź do mnie.

- Weź ten kaganek. Jest napełniony po brzegi oliwą, będzie długo świecił. Trzymaj koc. W lochu jest zimno, okryj ją kocem, bo zamarznie tam na śmierć.

- Skąd wiedziałaś, że idę do niej?

- Ja sama chciałam iść, ale słabo widzę. Ty zrobisz to lepiej.

Gaja ostrożnie nakryła kaganek kocem i szła w kierunku lochu. Odsunęła ciężkie zasuwy. Drzwi zaskrzypiały złowrogo  Stanęła na drewnianych dochodach, przymknęła drzwi. Szukała wzrokiem dziewczynki.

- Berenike – szepnęła rozglądając się w mroku – Berenike! – zawołała.

Nagle dostrzegła jasną nóżkę. Szybko schodziła w dół. Dotknęła zimnego dziecka. Nie poruszyło się.

- Berenika, moja kochana, moja najdroższa – szeptała kładąc główkę dziecka na swoich kolanach. – Dlaczego na mnie nie poczekałaś? Dlaczego ja nie przyszłam szybciej? Dlaczego…? Jej wielkie łzy padały na blade, zimne czoło dziecka. Przytuliła do siebie lodowatą główkę, okręciła kocem i nadal tuliła zimne ciało dziecka. Poruszyła się rączka i przetarła skronie. Otworzyły się oczka. Berenike nie wiedziała, gdzie jest, co się z nią dzieje. Po chwili z całych sił ściskała swoją przyjaciółkę. Kiedy Gaja uwolniła się z uścisku zaczęła zgarniać porozrzucaną słomę. Położyła na niej koc i ułożyła na  dziecko. Przykryła barłogiem.

- Muszę wracać. Mogą zobaczyć uchylone drzwi i zamkną nas na zawsze.

- Połóż się przy mnie. Na jedną chwilę, niech się do ciebie przytulę, ogrzeję – dziecko patrzyło błagalnym wzrokiem.

Gaja spojrzała na drzwi. Potem na Berenike i położyła się przy niej. Słabe rączki mocno ją ścisnęły. Dzieci leżały cicho czując bicie swoich serc.

- Zostaniesz ze mną? – dał słyszeć błagalny głos.

- Prawie zostanę – szepnęła Gaja – kiedy rozstawałam się z moją mamą, ona zawiesiła mi na szyi złote serduszko. To jedyna pamiątka po mojej mamie. Teraz ja jestem twoją mamą daję ci to serduszko. Ono ma w sobie moc miłości. Ja czuje w nim moją mamę. Trzymaj go mocno, albo poczekaj zawiążę ci go na szyi. Tak, teraz go na pewno nie zgubisz.  

Gaja pocałowała serduszko, potem swoją przyjaciółkę i powoli wychodziła z lochu. Za nią szedł błagalny wzrok dziecka.

- Trzymaj rączką serduszko i patrz na płomień, będzie długo świecił. Ja o tobie całą noc będę myśleć. Ja będę z tobą.

- Mam jedną prośbę, tylko jedną – Berenike wyciągnęła rączkę – Jak umrę, to nie zostawiaj mnie w lochu. Zanieś mnie tam, gdzie zbierałyśmy jabłka. Zanieś mnie do obrodu, tam kwitły kwiaty i tam…

- Wytrzymaj do jutra, coś wymyślę. Na pewno coś wymyślę. Wrócę po ciebie.

Gaja nie mogła wyjść z loch, Rozkoszą byłoby dla niej pozostanie z dzieckiem a męką wychodzenie z mrocznego pomieszczenia. Zamknęła wielkie zasuwy. Po omacku, nie zauważona przez nikogo wróciła na swoje posłanie.

Nie mogła zasnąć, zawsze trzymała serduszko mamy, teraz jej ręka błądziła szukając pomocy. Przed oczyma miała swoją mamę, która kazała jej strzec serduszka i przestraszoną Berenike.

 

Od świtu Gaja zastanawiała się jak pomóc przyjaciółce. O wejściu do lochu nie było nawet mowy. Wszystkie dzieci krzątały się gorliwie czując wielkie zagrożenie. Nagle zaświeciło światełko w tunelu. Pojawił się ulubieniec wszystkich – Dionizy.

- Berenike jest w lochu. Ona umiera. Wymyśl coś – szarpała go za szeroki rękaw.

Dionizy przez chwilę patrzył na nią zbierając myśli.

- Chciałbym wam, kochane damy – zwrócił się grzecznie do wszystkich kucharek, zaprezentować moją nową sztuczkę. Pięć minut przerwy dobrze zrobi garnkom, odpoczną sobie i będzie to korzyścią dla was. Potrzebuję jednak pomocnika…, małego pomocnika, którego imię zaczyna się, jak beczenie koziołka. Takie be, be… Gaja zrozumiała plan młodzieńca.   

- Mogę przyprowadzić Berenikę? – Gaja patrzyła błagalnym wzrokiem na pierwszą kucharkę.

- Idź szybko!

Leciała jak na skrzydłach. Ktoś pomógł jej otworzyć drzwi. Berenike nie mogła stanąć na nogach. Podbiegły inne dzieci. Pomogły jej. Po chwili Berenike wychodziła blada jak duch. Dionizy podszedł do niej.

- Trzymaj koniec tego sznurka. Tak mocno. Tak, dobrze. To znaczy nie dobrze. Nie możesz się ruszać.

Berenike, mimo całego wysiłku i chociaż Gaja podtrzymywała ją z całych sił nie mogła stać na nogach.

- Podajcie jej stołek. Siadaj. Teraz dobrze. Niech tutaj podejdzie z nożyczkami kucharka. Proszę przeciąć. Tak, tak, na środku. Dobrze. – młodzieniec na oczach kucharek i dzieci wydawał krótkie polecenia. – Widzicie dwa krótkie sznurki.

Przez chwilę pokazywał je wszystkim, następnie szybko zakręcił sznurkiem i oczom wszystkich ukazał się jeden, długi złączony sznurek.  Rozległy się brawa.

Dzieci śpieszyły do pracy. Berenike osłaniana przez Gaję szła razem z nimi. Po kilku godzinach, podczas obiadu Berenike zbliżyła się do Gai.

- Oddaję serduszko. Pomogło mi bardzo – szepnęła.

- Zatrzymaj je. Będę je miała razem z tobą, czyli będę miała dwa serduszka twoje i złote. To mi się bardzo opłaca.

 

 

W sali balowej

 

Kolejny poranek zapowiadał się jak zwykle ponury i smutny. Stało się jednak inaczej. Po obiedzie do Gai podeszła dama dworu z ochmistrzynią. Przez chwilę przyglądały jej się mierząc ją wzrokiem.

- Gaja stań prosto. Teraz zrób kilka kroków. Dobrze. Podaj wazę – dama wydawała krótkie polecenia – Zostajesz skierowana do pracy w jadalni pałacowej. Otrzymasz nowy strój. Przejdziesz szkolenie i będziesz podawała potrawy.

Gaja spojrzała na Berenike. Ta zasłoniła sobie rączkami twarz. Gdy je odkryła były mokre od łez. Wieczorem dziewczynki spotkały się przy posiłku.

- Zostanę sama – szepnęło dziecko.

- Będę cię odwiedzać – pocieszała ją Gaja.

- Teraz oni mnie zabiją. Ja się boję.

- Mój los się odmienił na lepsze. Może i ty będziesz miła więcej szczęścia. Masz przecież serduszko mojej mamy.

 

Jako dwórka Gaja była dobrze traktowana. Miała piękny strój. Widziała wspaniałych ludzi i jadła lepsze potrawy. Jeśli tylko mogła odwiedzała swoją małą przyjaciółkę i czasami przynosiła jej coś do jedzenia. Któregoś dnia, stała jak zwykle przy filarze ze spuszczonymi oczami. Jakiś młody rycerz spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem.

- Dlaczego ani razu nie widziałem ciebie na okręcie? – spytał.

Dziewczyna zmieszała się. Nie rozumiała pytania. Nie widziała o co mu chodzi. Więc nie dała mu odpowiedzi. Długo, wieczorami zastanawiała się co ma znaczyć to dziwne pytanie. Od służby dowiedziała się, że młodzieniec ma na imię Leon i jest księciem górskiej krainy i że przebywa na służbie u króla. Gdy odbywała się uczta z okazji urodzin króla, młodzieniec przechodził blisko, szepnęła cicho:

- Mam siostrę Klarę, młodszą ode mnie o rok. Jesteśmy bardzo podobne, może… może…

- Tak! Teraz rozumiem. Ona ze swoją mamą Zofią przebywa u mnie w pałacu.

Pod Gają ugięły się nogi. Uklękła na posadzce, chwyciła dłonie młodzieńca.

- To moja siostra i mama. Powiedz im, że ja tu jestem. Powiedz… błagam cię…

Nie dokończyła. Ochmistrzyni mocno chwyciła ją za włosy i ciągnęła na zaplecze.

- Durna, głupia dziewczyno! czy nie wiesz, że nie wolno ci z nikim rozmawiać! Oczy masz mieć spuszone, głowę pochyloną. Wylądujesz znowu w kuchni, albo w lochu! Trzymaj wazę i marsz na górę!

Gaja zawsze skupiona i dokładna w pracy, nie mogła dojść do siebie. Chodziła jak nieprzytomna. Nie rozumiała, co się do niej mówi. Na koniec wylała sos na wypolerowaną posadzkę. Jakiś lokaj, chcąc ratować sytuację, przesunął w to miejsce wielki wazon. Dziwna rzecz, ale to drobne wydarzenie miało wielki wpływ na dalsze losy Gai.

Tego wieczoru ochmistrzyni biegała po kuchni, zła na cały świat. Swój gniew jak zwykle chciała wyładować na Berenice. Ta wcześniej poobijana i poniżona, na widok wielkiego kija uciekała na górę szukając ratunku u Gai. Chwyciła jakąś miskę i chodziła krok w krok za Gają. Wywołało to najpierw zdziwienie a potem śmiech wśród gości. Ochmistrzyni stanęła za filarem czekając tylko okazji, by pochwycić malucha. Wyciągnęła rękę, wystawiła nogę, ale pośliznęła się na rozlanym sosie. Po pochyłej posadzce wyjechała na środek sali wzbudzając gromki śmiech. Nadworny błazen, chcąc w swoim stylu, ratować sytuację, podbiegł do grubej damy, która podnosiła się z upadku, przy okazji podstawiając jej nogę. Teraz leżeli razem wywołując kolejne salwy śmiechu. Błazen szedł za ciosem. Wziął do ręki, leżący kij, ujął ochmistrzynię, Gaję i Berenike za ręce i zaprosił do tańca. Zagrała orkiestra. Goście pokładali się ze śmiechu.  Wielki smutek ogarnął jedynie młodzieńca, który powstał, jakby chciał śpieszyć na ratunek dziewczynkom. Zauważył to stary, poczciwy król.

- Dziś są moje urodziny. Dziś nikt nie może być smutny, wyśmiany, zagrożony. W dowód wdzięczności za radość, którą dostarczyła nam kochana ochmistrzyni, z nią pragnę odbyć pierwszy taniec. Chcę za spryt nagrodzić lokaja, który zakrył wylany sos wazonem i mianować tą małą, jak jej na imię?…

- Berenika! – krzyknęła Gaja.

- Berenikę mianuję małą damą dworu. Widzieliśmy przed chwilą, że ma dużą wprawę w usługiwaniu. Z tobą szlachetny młodzieńcze chciałbym porozmawiać, gdy zakończy się bal – mówił król patrząc na Leona.

 

Książę siedział w towarzystwie kilku dam. One mówiły coś do niego, pytały się o wiele spraw, on miał zajętą głowę, rozmową, o której mówił król a jeszcze bardziej miał zajęte serce. Trzeba to nazwać inaczej, zakochane serce. Wieczorem do jego komnaty zastukał lokaj.

- Panie, król cię wzywa.

Szedł pełen obaw. Lokaj otworzył drzwi. Wszedł do królewskiej komnaty.

- Usiądź tutaj, mój synu. – król wskazał na ławę –chociaż niedawno otrzymałeś rycerski pas,  posiadasz jednak duże doświadczenie w boju. Mam dla ciebie trudne, bardzo trudne zadanie, możesz odmówić, nie będę miał do ciebie żalu… Ale ponieważ pochodzisz z górskiej krainy, ty możesz to zadanie wykonać najlepiej.

- Panie mów, co mam czynić! Jestem gotów spełnić każdy twój rozkaz.

- Na wschodzie, widnieje wielkie, rozległe pasmo gór. Tam ukrył się zbój, który napada na moich ludzi, kpi sobie z królewskiego prawa. Wysyłałem moich rycerzy, ale w zbroi, na koniach z armatami, oni są nieużyteczni. Ty umiesz się wspinać po górach, penetrować jaskinie… To niebezpieczne zadanie, możesz więc dobrać sobie do pomocy najdzielniejszych moich ludzi. Mów czego potrzebujesz i jakiej żądasz nagrody?

- Jeszcze nie wykonałem żadnego zadania ale…

- Chodzi o tę służącą, jak jej na imię?

- Gaja!

- Już ci ją daję i jeszcze dorzucam tę małą, która biegała z miską. Dam jeszcze kilku niewolników. Szykuj się do drogi.

 

W górach

 

Leon wyruszył sam. Nie chciał wzbudzać rozgłosu. Czuł, że idąc samotnie po górach w myśliwskim stroju nie wzbudzi podejrzenia. Jako rycerz nie używał tarczy, lecz walczył dwoma małymi mieczami. Miał je zgrabnie ukryte w myśliwskim kubraku. Czuł, że ta umiejętność walki może być jego wielkim atutem, gdyby doszło do potyczki. Jechał na koniu w kierunku gór. Nocował w karczmach rozmawiając ze szlachcicami, chłopami i napotykanymi dziewczętami. Dowiadywał się o wyczynach zbója. Chłopi nie mieli nic przeciwko rozbójnikowi, chętnie opowiadali o jego wyczynach, zaś bogacze pienili się na niego ze złości. Kiedy dowiedział się o najwyżej położonym miasteczku, tam skierował swojego konia. W miasteczku, gdzie miano widywać zbója i gdzie często przebywał, nikt o nim nie słyszał i nie chciał o nim rozmawiać. Nawet przy winie i piwie, kiedy języki są wymowne, nikt o zbóju nie pisnął nawet słowa. Któregoś dnia do księcia podszedł jakiś brodacz.

- Jutro wybieram się w góry – zagadnął przyjaźnie - jeśli chcesz możesz się ze mną wybrać, mogę pokazać ci najgroźniejszego zbója, jaki chodzi po tych górach.

- Chętnie pójdę z tobą panie. Jestem młody, pociągają mnie podróże i przygody.

- Mieszkam tam w górze. Spotkamy się o świcie przy mojej chacie. Czeka cię jedyna i niespotykana przygoda – powiedział nieznajomy z uśmiechem.

 

Wędrówka rozpoczęła się radośnie. Ludzie gór mają zawsze wiele wspólnych tematów. Opowiadali więc o swoich wędrówkach, przygodzie i spotkaniach z dzikimi zwierzętami. Leon pytał o górskie lawiny, jaskinie, ponownie spytał się o zbójców.

- Zapomniałem mój chłopcze, miałem pokazać ci,  najgroźniejszego zbója w tych górach. Oto on. To mówiąc nieznajomy wyciągnął miecz i przystawił go do szyi Leona.

- To ty… to ty jesteś tym groźnym zbójem?…

- Do usług, mój panie. Jestem słowny. Obiecałem ci, że doświadczysz przygody. Może mało wesołej, ale to są góry, groźne góry. Teraz przesuń się bliżej przepaści. Tak dobrze… Nie pobrudzisz mi klingi, śmierć twoja będzie lekka, niemal bezbolesna. Może masz jakieś ostatnie życzenie, albo słowo na pożegnanie.

- Nic… nic nie mam… to mój koniec. Moja kochana Gaju. Ja ciebie już nigdy nie zobaczę.

- Co mamroczesz. Jakie imię powiedziałeś?

- Nic, ale gdybyś zechciał okazać miłosierdzie to…

- Powtórz to imię!

- Mam na imię Leon…

- Nie o twoje imię pytam! Powtórz imię tej dziewczyny!

- Gaja.. Niewolnica, ale ja ją kocham i…

- Gdzie ona jest? Mów, gdzie jest!?

- Daleko. W pałacu, ona…

- Ma jasne włosy, niebieskie oczy?

- Tak. Ale…coś tyś co za jeden, że pytasz się o Gaje?

 Zbójowi miecz wypadł z ręki, patrzył na księcia jakby to on błagał go o litość i o życie.

- Ja… Ja jestem jej ojcem… To moja córka.

- Jej mama Zofia i młodsza siostra Klara przebywają w moim pałacu one…

- One żyją! – krzyknął zbój, aż echo spłoszyło górską kozicę – One żyją!? – powtarzał wiele razy, jakby nie dowierzał słowom młodzieńca.

Usiedli nad przepaścią. Patrzyli w dal. Obserwowali obłoki. Słychać było tylko ich ciężkie wzdychania.

- Czy mogę prosić cię o rękę twojej córki Gai? – młodzieniec odezwał się cichym głosem.

Leon długo nie usłyszał odpowiedzi. Stary zbój zasłonił sobie twarz rękami i płakał jak małe dziecko. Jego wielkie łzy padały na twarde kamienie i spływały w przepaść. Po chwili powstał i mocno uściskał młodzieńca.  

 

Wielki bal

 

Na tydzień przed powrotem Leona w stolicy wszyscy mówili o młodzieńcu, który pokonał zbója i tryumfalnie wraca, by odebrać królewską nagrodę. W karczmie podsłuchano jak brodatego mężczyznę nazywał ojcem. Wszyscy więc rozumieli, że spotkał swojego ojca, razem ruszyli na poszukiwanie bandyty i pokonali go w krwawej walce. Kiedy strażnicy w pałacu, zauważyli ich jadących na koniach, zagrały fanfary, w kościołach rozbujały się dzwony, zwołując wszystkich na powitanie. Sam król, w towarzystwie ministrów, wyszedł przed bramę, by pogratulować sukcesu. Następnie osobiście prowadził utrudzonych zwycięzców do sali balowej. Wznoszono toasty, grała orkiestra, słychać było radosne okrzyki. Nagle do sali weszła Gaja. Na dużym półmiski trzymała starannie ułożone owoce. Jak wszystkie służące miała spuszczone oczy, spojrzała jednak dyskretnie na mężczyznę siedzącego obok króla. On także ją zobaczył. Położył podniesiony puchar, wstał wyciągnął ręce. Przechyliła się taca, którą trzymała Gaja. Potoczyły po posadzce owoce i łzy kochających serc.

- Tato! Ty jesteś tutaj! Tato! – wołała.

Zatrzymali się tancerze. Umilkła orkiestra. Oczy wszystkich nie mogły ukryć zdziwienia.

- Wygląda, na to, że z pokonaniem zbója wyszło inaczej, niż głosi oficjalna wersja – król trącił Leona łokciem.

- Tak. Wyszło trochę inaczej.

- Jak to się stało, że nie pozbijaliście się tam w górach? – spytał król.

- Czy wypadało, abym zabił swojego teścia? – Leon uśmiechnął się do króla.

- Ja także nie miałem ochoty zabijać swojego zięcia – dało się słyszeć cichy, łkający głos dawnego zbója.

 

Kiedy służba poszła patrzyć, jak witają zwycięskiego księcia, mała Berenike zorganizowała wszystkie dzieci.

- Jeśli weźmiecie do ręki miskę i będziecie biegać po sali balowej, to zadziałają nadzwyczajne czary. Pojawi się magia, która sprawi, że odmieni się wasz los.

- Nie odmieni się na gorsze? Nie będziemy bite? – dzieci patrzyły przerażone.

- Nie martwcie się, to działa. Sprawdziłam to na sobie i stałam się małą damą dworu. Bierzcie miski i ruszamy!

Berenike podniosła swoją miskę, spojrzała na dzieci  i stanęła na przedzie. Cała gromada ruszyła w górę po stromych schodach.

- Zabierzcie mnie ze sobą! Zabierzcie! – z dołu dał się słyszeć płaczliwy głos.

Dzieci zatrzymały się. W drzwiach komórki leżał Jasiu. W rącze trzymał miskę, podnosił ją do góry, drugą wyciągał w kierunku dzieci. Berenike biegła w kierunku malucha.

- Jak to się stało, że zapomnieliśmy o tobie!?

- Ja rozsypałem ziemniaki a potem mnie bili, ja nie mogę chodzić, ale zabierzcie mnie, ja nie będę już rozsypywał ziemniaków!

Dziewczynka próbowała podnieść dziecko, jednak dla niej było ono za ciężkie. Nagle zauważyła ogromną misę. Przysunęła ją bliżej i powoli wciągnęła do niej obolałego Jasia. Podbiegły inne dzieci, chwyciły za krawędzie i pośpiesznie niosły dziecko w górę.

W oddali z głębi, biesiadnicy  usłyszeć tupot małych, bosych nóg. Do sali balowej wbiegła gromadkę dzieci. Były zalęknione, przestraszone, lecz w pląsach poruszały się za Bereniką. Ucztujący zastygli w bezruchu. Orkiestra zgubiła rytm. Słychać było tylko kłapanie o posadzkę bosych nóg. Dzieci z Jasiem w misce zatoczyły krąg przez środek sali. Potem drugi i trzeci krąg... Zmęczone zatrzymały się i stały bezradne,

- Coś jest nie tak – szepnęła Berenike, którą przeraziła cisza podobna do tej, gdy miał zawirować bicz.

- To moja wina. Trzeba było mnie zostawić, moja miska nie pasuje, jest za duża – Jasiu był bliski płaczu.

Dzieci stały onieśmielone i przestraszone, nie wiedziały, co mają robić. Już miały uciekać, gdy na środek sali wbiegł Dionizy. Wykonał kilka akrobatycznych podskoków, salt i staną przed dziećmi. Mocnymi ramionami wyciągnął Jasia z miski, posadził na ramionach i rozpoczął taniec. Wszystkie dzieci zachęcone przykładem akrobaty ruszyły za nim. Znowu zagrała orkiestra. Muzyka poruszyła wszystkich. Po  kwadransie wesołych pląsów, wszyscy usiedli. Dzieciom do misek, rozbawieni goście wrzucali smakołyki. Patrzyły zdziwione. Nie wiedziały jak mają się zachować. Ich spuszczone oczka patrzyły na miski i posadzkę. Po chwili spojrzały na Berenikę, potem na Gaję, następnie na swoje umorusane buzie a potem na ich twarzach pojawił się pierwszy szczery, dziecięcy uśmiech.

 

Zmęczone dzieci jadły przynoszone im potrawy. Nawet Jasiu, gdy się posilił odzyskał siły. Dionizy przynosił maluchom smakołyki. Cieszył się ich szczęściem, lecz widać było na jego twarzy dziwną troskę, czy cierpienie. W oddali dostrzegł Gaję. Nieśmiało podszedł do niej.

- Wiem, że kochasz Leona, wiem, że dał ci pierścionek zaręczynowy, ale mam tylko jedną prośbę, proszę o jeden taniec, pożegnalny taniec bo…

Dziewczyna zarumieniła się jak przystało prawdziwej damie, nieco zmieszała, potem uśmiechnęła.

- Ja, tak naprawdę mam na imię Klara i jestem siostrą Gai.

Młodzieniec nadal przebywał ze swoimi myślami i przeżywał ból miłości.

- Zgadzasz się? – szepnął.

- Tak, ale…

- Słyszę orkiestrę!  Ruszajmy!

Dzieci przerwały posiłek. Spojrzały po sobie. Najbardziej odważna z nich Berenika wybiegła na środek sali zapraszając inne dzieci. Szybko utworzyły wielki krąg. Dionizy spojrzał na nie, domyślił się, że tak dziękują mu za okazaną pomoc.

Gdy ucichła orkiestra. Dionizy puścił dłoń dziewczyny.

- Dziękuję za nasz ostatni taniec. Dziękuję – szepnął zdławionym głosem.

- Ja uważam, że to był nasz pierwszy taniec – odpowiedziała z uśmiechem panienka.

- Pierwszy?

- Ja mam na imię Klara. Pomyliłeś mnie z moją siostrą Gają.

 

Zmęczony król usiadł ciężko na fotelu. Skinął na młodych.

 - No to będziemy mieli dwa śluby! – zawołał  podnosząc puchar - Widzę, że w moim państwie dzieją się dziwne rzeczy. Jeszcze nie odbył się ślub a wy macie już gromadkę dzieci. Dziwna jest ta dzisiejsza młodzie

Kamera

Msze Święte

Niedziela:

8:00, 10:30, 17:00


Dni powszednie

czas letni:       18:00

czas zimowy: 17:00

 

Zegar
Dzisiaj jest

poniedziałek,
17 czerwca 2024

(169. dzień roku)

Święta

Poniedziałek, XI Tydzień zwykły
Rok B, II
Wspomnienie św. brata Alberta Chmielowskiego, zakonnika

Licznik
Liczba wyświetleń:
971267