• ółążść‡

Miłość do grzesznej dziewczyny

 

 

 

Rzeźba i dziewczyna

 

Książę Gracjan, już jako mały chłopiec kierował się sercem, czyli miłością. Patrzył na wschodzące słońce i dostrzegał w jego promieniach blask miłości. Zachwycał się kolorem pąsowej róży i jej wonią, czując jak od tego kwiatu promieniuje miłość. Nie zmieniło się to, gdy stał się dorastającym młodzieńcem. Kiedyś poszedł do pracowni garncarza. Zobaczył dzban o kulistych kształtach.

- Dzban jest doskonały! – zawołał – Jego kształt zaprasza nas, byśmy byli doskonali.

Także spotkanie z rzeźbiarzem miało wielki wpływ na jego dalsze życie. Zobaczył jak artysta obchodzi dookoła wielki, kamienny głaz. Mistrz przyglądał mu się ciekawie, obstukiwał młotkiem, nadsłuchiwał, patrzył na kamień z różnych odległości. Książe podszedł do niego. Artysta wskazał na głaz.

- Widzisz tę piękną postać?

- Gdzie? – książę rozglądał się dookoła.

- Tu w kamieniu.

- Widzę tylko kamień.

- Tak, tu jest kamień, ale w nim ukryta jest postać zakochanego księcia. On klęczy i podaje swojej ukochanej złoty pierścionek.

- Ja widzę tylko kamień.

- Jeśli będziesz cierpliwy, to zobaczysz jak usunę z tego kamienia wszystko to, co jest zbędne, niepotrzebne a wtedy oczom wszystkich ukaże się kochająca postać.

- Rozumiem o co ci chodzi. Staram się to zobaczyć, ale trochę słabo to widzę.

- Ja już widzę w tym kamieniu ukryte piękno. Zaraz przystąpię do pracy, będę skuwał z ukrytej w kamieniu postaci, to co przeszkadza, szpeci i jest niepotrzebne

Książę patrzył jak artysta pracuje z mozołem, następnie dosiadł konia i ruszył w kierunku lasu. Kiedy minął polanę, napił się wody ze strumienia, rozłożył mały koc i zasnął. Obudziły go dziwne głosy. Otworzył oczy. Tuż koło jego głowy zobaczył świnię, która zamaszyście ryła w ziemi. Po chwili dostrzegł, całą gromadę umorusanych świń. Już miał przegnać mało miłe towarzystwo, gdy dostrzegł dziewczynę. Miała w ręku kij i pasła te umorusane zwierzaki. Książę cierpliwie leżał w zaroślach niewidoczny dla jej oczu a ona zapatrzona w dal stała jak posąg. Młodzieniec podparł się na łokciu, zbliżył do zarośli i obserwował nasal, najbardziej brudną panienkę świata. Miała bose nogi, brudne, odrapane i zakrwawione. Przyodziana była, a raczej na niej było coś, co kiedyś było sukienką a teraz podartym, zabłoconym łachmanem. Jej długie włosy spadały na ramiona, a faktycznie kleiły się do ramion. W umorusanych rękach trzymała kij i pilnowała zwierząt, które jak ona miały wiele wspólnego z błotnistym miejscem. Rzecz dziwna, ale książę patrzył nadal na panienkę z podziwem, jak rzeźbiarz na kamień. Czuł, że wystarczy usunąć to, co zbyteczne: błoto, łachmany, zadrapania i zobaczy boginię piękna. On już widział w niej ukryte piękno. Książę chciał powstać, ale rozumiał, że przy jego doskonale skrojonym stroju, zadbanej fryzurze, ona poczuje się zakłopotana, ucieknie, zawstydzi się, będzie jej bardzo przykro. Leżał udając, że śpi. Dziwił się sobie, że w tak oszpeconej postaci widzi ukryte piękno. Dotknął ręką serca. Nie miał wątpliwości dla niego była to najpiękniejszą dziewczyna świata, która jak głaz u artysty potrzebowała pomocy, potrzebowała, by zauważyć i przez wysiłek usunąć wszystko to, co jest zbędne. Poruszył się z zaroślach koń. Świniaki pohukując ruszyły galopem, za nimi pobiegła dziewczyna.

 

Skarb

 

Książę wrócił do swojego pałacu. Szybko podjął działanie. Dowiedział się, że panienka ma na imię Emilia i jest sierotą. Posłał do niej handlarzy, którzy odkupili od niej świnie a sprzedali jej owieczki. Ich oferta, był tak atrakcyjna, że zakupiła od nich kilka sukienek i buty. Książe wiedział, że miedzy nimi jest jeszcze wielka różnica w ubiorze, sposobie życia. Posłał do niej starszego człowieka. Ten pojawił się w jej chatce a raczej szałasie późnym wieczorem.

- Jestem strudzonym pielgrzymem, nie mam za co zapłacić, ale proszę cię panienko o nocleg. Mogę spać razem z barankami, na sianie. Ja nie mam wielkich wymagań.

- Dobrze, weźcie sobie tę kromkę i życzę spokojnego snu – dziewczyna podała staruszkowi kromę chleba, kubek mleka i sama udała się na spoczynek.

Rano starzec wstał dziwnie ożywiony.

- Jak powiedziałem nie mam pieniędzy, ale miałem dziwny sen. Przyśnił mi się jakiś człowiek z długą brodą i wskazywał na źródełko przy którym rośnie wysokie drzewo. Jest tu coś takiego?

- Tak, czepię wodzę ze źródełka, tam rośnie drzewo.

- We śnie widziałem kamień, pod którym znajdują się złote monety. Człowiek z długą brodą powiedział, by w miejscu tego szałasu wybudować małą kapliczkę a obok wielki dom.

- Ja w sny nie wierzę – dziewczyna uśmiechała się do przybysza.

- Ja też nie wierzę, ale to było tak, jakby on przy mnie stał i zmuszał do działania.

- Ja wskażę ci to źródełko…

- Jestem stary. Ja nie zdążę wybudować, ale ty… on mówił, że dom ma wybudować ten, kto znajdzie skarb. Do zobaczenia. Jestem biednym pielgrzymem... Na mnie już czas do zobaczenia.

 

Emila, jak sama powiedziała, nie wierzyła w sny, ale wczesnym rankiem wzięła łopatę i udała się do źródełka. Podeszła do płaskiego kamienia, na którym często stawiała wiadro. Mocnym drągiem podniosła do góry kamień i nieco przesunęła. Kopała szybko, bo ziemia była miękka. Łopata o coś stuknęła. Jej serce także zabiło mocniej. Odsuwała mokry piasek. Ukazała jej się mocna, okuta dębowa szkatuła. Podważyła ją łopatą i z trudem wydobyła z dołu. Otworzyła. Złote i srebrne monety błysnęły w blasku słońca. Rozejrzała się dookoła. Nikogo nie było. Z trudem niosła do szałasu swój skarb i starannie ukryła. Mając pieniądze przystąpiła natychmiast do pracy. Cieśli i stolarzy nie musiała długo szukać. Przejeżdżali drogą, zatrzymali się i po chwili wartko szła ich praca. Budowniczowie mieli w rodzinie ogrodnika, ten także przystąpił do działania. Po kilku miesiącach wspaniały dworek otoczony drzewami, stawami i kwiatami wzbudzał podziw w całej okolicy. Piękna panienka, wolna chata i pieniądze. Nic dziwnego, że pojawili się także przystojni młodzieńcy. Wieczorami słychać było grajków, tupot roztańczonych nóg i wesoły młodzieńczy śmiech.

 

 

Pierwsze spotkanie

 

 

Książę dosiadł konia i ruszył w kierunku lasu. Przejeżdżał blisko pracowni rzeźbiarza. Zatrzymał się. Klęcząca postać z pierścionkiem była niemal ukończona. Książę spojrzał na artystę, uśmiechnął się do niego i pomachał mu ręką.

Kiedy zbliżał się do lasu serce biło mu mocno. On książę, przyszły król czuł się zażenowany na myśl o spotkaniu z wiejską dziewczyną. Dziwił się swojemu zachowaniu, obserwował swoje serce i sam nie rozumiał, co się z nim dzieje. Usłyszał muzykę. W oddali zobaczył tańczące postacie. Uwiązał konia do drzewa a sam ruszył w kierunku dworu. Otworzył drzwi. Przywitał go gromki śmiech i zapach smakowitego jadła.

- Mogę się przysiąść się do was…?

Zaległa cisza. Patrzyli na niego zdziwieni. Po myśliwskim stroju domyślili się, że przyjechał z lasu.

- Możesz, ale tam pod lasem! – jakiś wesołek krzyknął w jego stronę.

- Chętnie bym się zabawił z wami… pozostał na chwilę.

Młodzieńcy wypili już nie jeden dzban wina, więc myśli ich i słowa nie były przyjazne.

- Może panienka podałaby mi coś do zjedzenia – książę zaczął nieśmiało rozmowę.

- Nie zanudzaj i zmiataj stąd! – rosły młodzian szedł w  kierunku księcia z zaciśniętymi pięściami.

- Wyrzućcie go na pole! Niech nam nie przeszkadza w zabawie – rozbawiona Emilia wołała podnosząc dzban.  

Wyrostek chciał księcia chwycić za kołnierz. Ten uchylił się a napastnik uderzył głowa w ścianę. Pełen wściekłości zawrócił, zaciskając pięści. Chciał uderzyć, ale książę uchylił się a pięść trafiła w belkę. Rozległ się głuchy odgłos i bolesny ryk. Teraz wszyscy porwali się z ław. Chwycili przybysza, wyrzucili na zewnątrz, zaciągnęli na brzeg urwiska i rzucili w dół.

Powrócili do izby, kolejny raz napełnili puchary i wznieśli toasty. Muzykanci zagrali. Radosne towarzystwo powróciło do zabawy.

 

U leśnej baby

 

Emilia, tej nocy nie mogła spać. Przed oczyma miała nieznajomego, którego wyrzuciła ze swojego domu. Przecież zawsze przyjmowała podróżnych, pomagała ubogim. Dlaczego teraz w towarzystwie podpitych młodzieńców zachowała się bezdusznie i złośliwie? Skoro świt wstała i ruszyła w kierunku urwiska. Ślady licznych stóp, zaprowadziły ją nad złowrogą przepaść. Spojrzała w dół zobaczyła zmierzwioną trawę i połamane gałązki. Ostrożnie, trzymając się korzeni i gałęzi schodziła tam powoli. Serce zabiło jej mocno. Tu było wiele krwi. Ciała jednak nie było. - Czyżby dziki zwierz pociągnął go dalej – jej myśli były pełne boleści. Rzeczywiście po chwili dostrzegła ślady, jakby coś ciągnięto przez kamienie i ciernie. Zauważyła jakąś rzecz. Podniosła spiesznie. To była sakiewka. Spojrzała na monety. Złote i srebrne, takie, jak ona znalazła przy źródle… Wsypała monety ponownie do sakiewki. Usiadła, bo czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Zrozumiała, że to zabity przez jej kompanów człowiek, podarował jej ten skarb, który wykopała. O podarował jej monety, by wybudowała dom. On przysłał handlarzy, budowniczych, ogrodników. On z niej – świnopasa - uczynił piękną i bogatą. – On mnie kocha! – krzyknęła, aż echo odpowiedziało z pobliskich skał. – On mnie kocha, a ona nim wzgardziłam, wyrzuciłam ze swojego domu, wyrzuciłam z jego domu. Ja oddałam go w ręce łobuzów – wielki ból przeszywał jej skołatane serce.

 Szła śladami krwi a jej łzy padały na kamienie i rozmywały czerwień. Przewróciła się, bo załzawione oczy nie dostrzegły leżącej kłody. Usiadła na niej, przetarła oczy. W oddali dostrzegła chatę leśnej baby. Wszyscy w całej okolicy znali te kobietę, bo znała się na ziołach i pomagałą ludziom w różnych chorobach. - Może to nie zwierz… może to ona, zaciągnęła go do chaty. Biegła, choć bolała ją rozbita noga a ciernie szarpała za sukienkę. Otworzyła drzwi i wpadła do izby. Dostrzegła go natychmiast. Leżał na łożu przy ścianie. Głowę miał zawiązaną chustą. Emilia patrzyła przerażona na młodzieńca i leśną babę.

- Żyje?! Powiedz,  czy on żyje?! – wołała.

- Żyje, ale dusza już z niego uchodziła.

- Będzie żył?

- Ma wiele ran. Głowa mocno rozbita, ale jest młody… Może będzie… Dobrze, że przyszłaś. Dobrze. Pilnuj go. Dawaj mu dużo wody do picia. Ja biegnę do lasu po zioła. Pilnuj go! – wołała wychodząc pośpiesznie.  

Emilia została sama. Sama z rannym młodzieńcem. Drewnianą łyżką wlewała do jego ust wodę. Pił z trudem. Co jakiś czas podnosił rękę i dotykał bolącej głowy. Ona także uniosła rękę, Wyciągnęła z kieszeni sakiewkę i przywiązała mu do pasa.

- Zgubiłeś to spadając ze skarpy – szepnęła, nie mając pewności, czy ją słyszy.

On jakby zrozumiał te słowa. Ujął jej rękę, trzymał przez chwilę i delikatnie uścisnął.

 

W ogniu

 

Gromada chłopaków szła śpiesznie w kierunku domu Emilii. Zakołatali do drzwi, energicznie je otworzyli i weszli do środka. Dziewczyny tam nie było. Wołali przez chwilę, szukali w izbie i ogrodzie. Po chwili usiedli na ławie i krzesłach.

- Mnie on zaatakował pierwszy, ale wszyscy zrzuciliśmy go ze skarpy. Słuchajcie więc co mówię – najstarszy z nich powstał z ławy. - Nazywacie mnie Ryszard, bo jestem silny i mocny. Chcę być mocny także w słowie – mówił zdecydowanym głosem – po lesie biega pełno ludzi z pałacu. Znaleźli jego konia. Szukają wszędzie. Musimy działać.

- Co radzisz?

- Czeka nas loch i stryczek.

- Co mamy robić? – głosy młodzieńców były pełne przerażenia.

- Ruszamy na skarpę. Musimy zatrzeć ślady. Głęboko zakopać ciało i najważniejsze. Nikt, nic nie widział. Niczego nie słyszał, bo koniec z nami.

Młodzieńcy ruszyli w kierunku skarpy. Zeszli w dół. Spojrzeli na ślady krwi i posuwali się w kierunku chaty. Uderzyli pięścią w drzwi. Emilia dostrzegła ich. Instynktownie, czując zagrożenie, szybko przesunęła zasuwę i podparła drzwi kołkiem.

- Otwiera bo wyważymy drzwi! – krzyczeli w gniewie.

- Odejdźcie! Zrobiliście już swoje. Zostawcie go w spokoju – wołała z wnętrza dziewczyna.

- Emilka! Otwieraj. Grozi nam i tobie wielkie niebezpieczeństwo. On musi umrzeć. Jak się dowiedzą to nas wszystkich zabiją! – wrzeszczeli waląc pięściami drzwi.

- Odejdźcie stąd! On wam nie zrobił nic złego!

- On jest jeden i prawie nie żyje! Nas jest wielu! Musimy się ratować! Lepiej żeby on zginął niż my wszyscy – wołali.

Emilia nie słuchała ich krzyków znosiła pośpiesznie skrzynie, ławy i blokowała drzwi. Odstąpili. Zatrzymali się kilka kroków dalej i naradzali. Po chwili powrócili. Jeden z nich trzymał w ręce zapaloną pochodnię.

- Emilka otwieraj bo zaraz tu będzie gorzeć.

- Wolę z nim zginąć, niż z wami żyć! Uciekajcie stąd! – krzyczała do nich przerażonym głosem.

 

Przez szparę zobaczyła, jak podkładają ogień. Sucha strzecha zajęła się natychmiast. Pojawił się dym, potem z dachu uderzyły w górę języki  ognia. Emilia stanęła nad rannym jakby chciała go sobą osłonić. Dym wdzierał się przez wszystkie szczeliny.

- Pomóż mi! – w mroku izby dał się słyszeć głos leśnej baby. Chwyć pod pachy, ja łapię za nogi! Uciekajmy!

- Zablokowałam drzwi!

- Tam jest wyjście dla zwierząt – babula wskazała na niewielki właz.

 Podniosły rannego z łoża i ciągnęły przez ciasny otwór. Niewidoczne, przeszły przez gęsty dym i ruszyły w kierunku lasu. Kiedy zarośla zapewniły im bezpieczeństwo, ułożyły rannego na mchu i usiadły. Nagle dał się słyszeć tętent kopyt. Jakiś jeździec zatrzymał się przy nich. Zeskoczył z konia, podszedł do rannego. Rozpoznał go natychmiast. Zagrała trąbka. Zjechało się wielu jeźdźców. Pojawił się medyk. Kilku służących wnosiło rannego do powozu. Leśna baba i Emilia, niezauważone zniknęły w zaroślach.

- Mój domek – westchnęła staruszka.

- Nie rozpaczaj, jeśli przeżyjemy to zamieszkasz w moim domu – pocieszała ją dziewczyna.

Chciały uciekać w głąb lasu, ale Emilia miała ranną nogę. Obie odczuwały tak wielkie zmęczeni, że udały się w kierunku domu Emilii. Wypiły kompot zjadły, kilka kromek chleba.

- Jeśli pojawią się ludzie z pałacu i otoczą dom, jesteśmy zgubione – mówiła leśna baba – jeśli zajadą pod drzwi i zapukają, mamy szansę przeżycia.

Rycerze otoczyli dom. Wyważyli drzwi i wskazali na stojący powóz. Wsiadały popychane przez służbę. Powóz jechał pośpiesznie po leśnej, potem polnej drodze, a na koniec po brukowanym gościńcu. Przez uchylone okienko dostrzegły wielki dziedziniec, na nim podwyższenie, wieli pień i złowrogi topór. Zaprowadzono je do ciemnego pomieszczenia, zamknięto drzwi i postawiono straże.

- Jeśli książę przeżyje, jesteśmy uratowane, jeśli nie, czeka nas wyrok skazujący – teraz Emilia przewidywała dalsze ich losy.

 

Książę oddychał z trudem. Sprowadzono kilku medyków, naradzali się, głowili, stosowali rożne metody leczenia, ale młodzieniec ciągle był nieprzytomny. Upływ krwi był wielki, książę nie przyjmował pokarmu. Wszyscy zaczęli przygotowywać się do pogrzebu.

- Może medycyna ludowa, coś tu jeszcze ma do powiedzenia – odezwał się jeden z medyków – trzymamy w pałacu leśną babę może ona…

- Sprowadzić natychmiast – odezwało się kilka głosów.

Staruszka przybyła natychmiast. Spojrzała na licznie zebranych, następnie po ciemnej komnacie.

- Zdjąć zasłony z okien. Otworzyć okna. W pomieszczeniu niech zostanie tylko trzy osoby. Potrzeba światła i powietrza - Jej polecenia niczym rozkazy wykonywała posłuszna służba.

- Co jeszcze możemy dla niego uczynić? – mówiła sama do siebie rozglądając się po komnacie. – Dokąd prowadzą te podwoje?

- Tam jest balkon – jakaś dworka

– Jest tutaj balkon? Wynieście go na zewnątrz. Nie może jeść, więc niech dużo pije. Tak, tak. Zestaw pokrzepiających leśnych ziół dobrze mu zrobi – leśna baba nadal mówiła sama do siebie wyciągając zioła, które zbierała, zanim zaczęła płonąć jej chata. – Niech ktoś to szybko zaparzy! – wołała.

Kiedy księcia wynoszono na balkon, kobieta przeglądała opatrunki, kiwając z uznaniem głową. Po chwili podeszła do stolika porozkładała pozostałe zioła.

- Gdyby gorączka się powiększała, ten zestaw dobrze mu zrobi. Możecie mnie odprowadzić… Zaraz… Jest jeszcze jeden ważny lek… on działa natychmiast i jest najbardziej skuteczny… on uleczyłby jego rany… ale wy mnie nie posłuchacie… mogę już odejść.

Oczywiście, że nie pozwolono jej odejść. Biedną staruszkę zasypano licznymi pytaniami, aż wyznała o jakim leku myśli. Szybko, więc posłano po Emilię. Przybyła natychmiast i natychmiast, może nie aż tak szybko, ale powoli książę zaczął wracać do zdrowia.

 

W lochu

 

Kiedy Leśna baba i Emilia. Wraz z medykami i służbą opiekowali się księciem, młodzieńcy przeżywali chwile niepewności i grozy. Szczególnie spotęgowała się, gdy przeprowadzono ich do lochów straceńców. Najpierw ogarnęła ich wielka ciemność. Po chwili zobaczyli małe okienko, które odsłaniało jedyny widok – wielki pień z wbitym weń toporem. Kiedy ich wzrok przyzwyczaił się do mroku zobaczyli w kącie jakiegoś zarośniętego obdartusa. Z rozczochranymi włosami i dzikim wzrokiem zbliżał się do nich. Przyglądał im się ciekawie, jakby od wieli lat nie widział człowieka.

- Dla dziewczyny stryczek, dla was – spojrzał wymownie w małe okienko – może dla rozrywki wcześniej będą tortury, szykuje się impreza… he, he… dostaliście zaproszenie na tą imprezę.

Młodzieńcy patrzyli na dziwną postać, czując jak przerażenie, które doszło w nich do zenitu, nadal wzrasta.

- Nie ma wyjścia – nastoletni Jasiek zbliżył się do nieznajomego.

- Jest wyjście, oczywiście, że jest…wyjcie na to podwyższenie i czerwone spotkanie z toporem. – mówił powoli wskazując na okno. - Wyjście jest trudne, ale zejście, wierzcie mi jest bardzo łatwe… głowa będzie się toczyć sama, a resztę wyniosą pachołki.

- Litości, ratunku, to straszne – po zimnej celi rozchodziły się przerażone głosy.

- Jest jeszcze jedno wyjście – skazaniec szedł w kierunku barłogu. Odkrył go ostrożnie. – Jestem tutaj piętnaście lat. Drążyłem ten kanał kawałkiem kamienia. Tunel jest gotowy. Razem łatwiej będzie nam uciekać. Zorganizujemy mocną bandę. Będziemy łupić bogatych. Zemścimy się  na księciu. Tu rozpoczyna się nasze nowe, wolne, szczęśliwe życie.

Młodzieńcy spojrzeli w wąski, ciemny otwór. Po chwili spojrzeli po sobie. Ryszard, kopnął ze złością przegniły barłóg.

- Nie jestem bandytą, chociaż to ja strąciłem księcia ze skały i ja kazałem spalić dom leśnej baby. Koniec z naszymi złymi czynami. Ja tu zostaję. Nie chcę przez resztę życia uciekać, rabować i zabijać. Śmierć jest dla mnie słuszną karą!

- Ja też zostaję. Ja także – młodzieńcy zgadzali się z Ryszardem.

- Podobno Emila żyje. Słyszałem, jak rycerze mówili, że została złapana. Musimy ją ratować. – Ryszard mówił nadal przygnębionym głosem.

- Musimy ją ratować – zawtórowały mu liczne głosy.

- Jak ją uratujecie? Nikt was o nic nie będzie pytał – nieznajomy zabrał znowu głos – kiedy utną wam głowę, może wtedy coś krzykniecie, ale nie będzie to miało żadnego znaczenia dla waszej Emilii.

Zaległa cisza, jedynie brodacz chodził po celi nerwowym krokiem.

 

Chociaż egzekucja miała odbyć się wieczorem, już od rana widać było spory tłum ludzi. Gromadzili się na ulicach, gdzie miano prowadzić, skazańców. Ponieważ wszyscy kochali księcia i znali jego dobre serce, nikt nie miał litości nad młodzieńcami, którzy dopuścili się tak wielkiej zbrodni. Może jedynie młode panienki i dobre matki żałowały młodego życia, które miało zginąć. Większość domagała się, by egzekucje poprzedziły tortury. Widać, że ich pragnienia miały być spełnione, bo w mieście pojawiło się kilku katów z okolicznych miast.

Sędziowie, ministrowie, szlachetnie urodzeni zajmowali swoje miejsca. Skazańców prowadzono skutych grubymi łańcuchami. Zwykle prowadzonych na śmierć obrzucano zgniłymi owocami, lano na nich pomyje. Dziwa rzecz, ale teraz tak nie było. Może dlatego, że ich twarzy był zbyt przerażone i smutne, może zauważono u nich szczery żal. Kiedy szli słychać było tylko pojedyncze okrzyki, które szybko umilkły. Weszli na podwyższenie. Sędzia zaczął odczytywać uzasadnienie wyroku. Nie słyszeli nic. Ich paraliżujący lęk zastąpił głęboki smutek i żal.

Zaległa cisza. Ktoś zauważył lektykę w której niesiono księcia. Sędzia odczytywał wyrok.

 

Emilia i leśna baba siedziały w komnacie. One jedne nie poszły na rynek. Zasłoniły nawet okna i zaparły okiennice. Nic nie mówiły do siebie. Siedziały cicho i cicho płakały.

- Może im będzie raźniej, gdy pójdziemy – szepnęła dziewczyna.

Bez słowa ubierały się pośpiesznie. Opuściły zamek i skierowały się w stronę rynku. Nie mogły jednak przedostać się przez tłum, by być bliżej. Znajomy strażnik rozpoznał ich i halabardą torował im drogę w kierunku podwyższenia dla sędziów. Patrzyły przerażone na katów i skazańców.

- Zgodnie z prawem przysługuje wam ostatnie życzenie, lub ostatnie słowo.

Młodzieńcy stali nadal z pochylonymi głowami nie rozumiejąc słów sędziego.

- Macie prawo do ostatniego słowa – sędzia powtórzył z naciskiem.

Ryszard drgnął. Postąpił krok naprzód, aż zazgrzytały łańcuchy, które trzymało kilu pachołków.

- Chcę powiedzieć, chcę prosić… Ona jest niewinna! – z jego gardła wydobył się mocny głos – Zuzanna jest niewinna! Ona go broniła, ona go ratowała! Ona zasłaniała go przed ogniem własnym ciałem!

- Czy ktoś z tu obecnych może potwierdzić, że skazaniec mówi prawdę? – sędzia zadał służbowe pytanie.

- To nieprawda! Było inaczej! To ja kazałam im wyrzucić z mojego domu księcia! To ja kazałam im strącić go w przepaść! To moja wina! – dalsze słowa Emilii zagłuszył szczęch łańcuchów i pomruk tłumu.

Sędzia spojrzał w wielką księgę. Czytał powoli znane wszystkim prawo

- Jeśli ktoś z obecnych jest gotów zaręczyć swoją głową niewinność tych skazańców, niech podejdzie.

Pierwsza szła Emilia za nią leśna baba, po chwili dołączył do nich jakiś brodacz.

- Jeśli jesteście przekonani, że skazańcy są niewinni, musicie poręczyć własną głową.

Emilia i staruszka nie znały prawa, stały patrząc na sędziwgo zdziwionym wzrokiem.

Brodacz podszedł do pnia i zgodnie z przepisami prawa podniósł w gorę rękę i głośno powiedział:

- Jestem przekonany o ich niewinności i ręczę za to swoją głową.

Następnie położył swoją głowę na pniu a kat ceremonialnie podnosił w górę topór. Trzymał go przez kilka chwil. Po brodaczu do pnia podeszła Emilia, spojrzała na młodzieńców i podobnie jak brodacz z podniesioną ręką wypowiedziała rytualne słowa. Za mią to samo uczyniła staruszka. Teraz mieli prawo przemówić do sędziów i tłumu.   Emilia już swoje powiedziała, leśna baba z żalu nie mogła wymówić słowa. Jedynie brodacz podniósł jeszcze raz rękę do góry. Uciszył  tłum i przemówił.

- Jestem kapitanem królewskiej gwardii. Poddałem ich próbie. Byłem razem z nimi w lochu. Zachęcałem ich do ucieczki. Nie zgodzili się na to. Zostali do końca. Wiecie dlaczego zostali? By ratować księżniczkę Emilię. Byli przekonani, że książę umarł i ona jest także oskarżona. Mają skruszone, dobre serca. Ja ręczę za ich uczciwość swoją głową.

Sędzia pisał przez chwilę jakieś słowa w księdze, zamknął ją i kazał rozkuć skazańców.

Tłum zaczął się rozchodzić. Strażnicy gratulowali skazańcom. Kapitan królewskiej gwardii podszedł do nich.

- Nie jesteście tak bardzo wolni jak myślicie – mówił uderzając ich po ramionach – zatrudniam was do królewskiej służby, czeka was trudne i długie szkolenie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książe z Emilią wracali do pałacu. Zatrzymali się na rynku.

- Tutaj na środku każę postawić pomnik – książę Gracjan wskazał na rozległy plac.

- Jaki pomnik? Co on będzie przedstawiał?

- To będzie wielki kamień.

- Przecież kamień to jeszcze nie pomnik – dziwiła się dziewczyna.

- Jeśli usunie się z tego kamienia to, co jest niepotrzebne, co nie jest rzeźbą, to stanie się pięknym pomnikiem – książę patrzył w dal.

- Ja także wyobrażam sobie ten kamień a w nim ukrytego, kochającego księcia – szepnęła rozmarzona dziewczyna.

- Taki pomnik przedstawiałby smutnego księcia, ktoś mu jest potrzebny.

- W tym kamieniu będą ukryte dwie postacie. Tam będzie pełen miłości książę, który rozkochał w sobie brzydką dziewczynę.

- Jeśli rozkochał to pamiętaj, że miłość czyni wszystko pięknym. Tam będą dwie kochające się postacie, które ciągle okazują sobie miłość – to mówiąc książę ujął delikatną dłoń i na palec włożył złoty pierścionek.  

 

 

 

 

 

 

 

 Miłość do grzesznej dziewczyny

 

 

 

Rzeźba i dziewczyna

 

Książę Gracjan, już jako mały chłopiec kierował się sercem, czyli miłością. Patrzył na wschodzące słońce i dostrzegał w jego promieniach blask miłości. Zachwycał się kolorem pąsowej róży i jej wonią, czując jak od tego kwiatu promieniuje miłość. Nie zmieniło się to, gdy stał się dorastającym młodzieńcem. Kiedyś poszedł do pracowni garncarza. Zobaczył dzban o kulistych kształtach.

- Dzban jest doskonały! – zawołał – Jego kształt zaprasza nas, byśmy byli doskonali.

Także spotkanie z rzeźbiarzem miało wielki wpływ na jego dalsze życie. Zobaczył jak artysta obchodzi dookoła wielki, kamienny głaz. Mistrz przyglądał mu się ciekawie, obstukiwał młotkiem, nadsłuchiwał, patrzył na kamień z różnych odległości. Książe podszedł do niego. Artysta wskazał na głaz.

- Widzisz tę piękną postać?

- Gdzie? – książę rozglądał się dookoła.

- Tu w kamieniu.

- Widzę tylko kamień.

- Tak, tu jest kamień, ale w nim ukryta jest postać zakochanego księcia. On klęczy i podaje swojej ukochanej złoty pierścionek.

- Ja widzę tylko kamień.

- Jeśli będziesz cierpliwy, to zobaczysz jak usunę z tego kamienia wszystko to, co jest zbędne, niepotrzebne a wtedy oczom wszystkich ukaże się kochająca postać.

- Rozumiem o co ci chodzi. Staram się to zobaczyć, ale trochę słabo to widzę.

- Ja już widzę w tym kamieniu ukryte piękno. Zaraz przystąpię do pracy, będę skuwał z ukrytej w kamieniu postaci, to co przeszkadza, szpeci i jest niepotrzebne

Książę patrzył jak artysta pracuje z mozołem, następnie dosiadł konia i ruszył w kierunku lasu. Kiedy minął polanę, napił się wody ze strumienia, rozłożył mały koc i zasnął. Obudziły go dziwne głosy. Otworzył oczy. Tuż koło jego głowy zobaczył świnię, która zamaszyście ryła w ziemi. Po chwili dostrzegł, całą gromadę umorusanych świń. Już miał przegnać mało miłe towarzystwo, gdy dostrzegł dziewczynę. Miała w ręku kij i pasła te umorusane zwierzaki. Książę cierpliwie leżał w zaroślach niewidoczny dla jej oczu a ona zapatrzona w dal stała jak posąg. Młodzieniec podparł się na łokciu, zbliżył do zarośli i obserwował nasal, najbardziej brudną panienkę świata. Miała bose nogi, brudne, odrapane i zakrwawione. Przyodziana była, a raczej na niej było coś, co kiedyś było sukienką a teraz podartym, zabłoconym łachmanem. Jej długie włosy spadały na ramiona, a faktycznie kleiły się do ramion. W umorusanych rękach trzymała kij i pilnowała zwierząt, które jak ona miały wiele wspólnego z błotnistym miejscem. Rzecz dziwna, ale książę patrzył nadal na panienkę z podziwem, jak rzeźbiarz na kamień. Czuł, że wystarczy usunąć to, co zbyteczne: błoto, łachmany, zadrapania i zobaczy boginię piękna. On już widział w niej ukryte piękno. Książę chciał powstać, ale rozumiał, że przy jego doskonale skrojonym stroju, zadbanej fryzurze, ona poczuje się zakłopotana, ucieknie, zawstydzi się, będzie jej bardzo przykro. Leżał udając, że śpi. Dziwił się sobie, że w tak oszpeconej postaci widzi ukryte piękno. Dotknął ręką serca. Nie miał wątpliwości dla niego była to najpiękniejszą dziewczyna świata, która jak głaz u artysty potrzebowała pomocy, potrzebowała, by zauważyć i przez wysiłek usunąć wszystko to, co jest zbędne. Poruszył się z zaroślach koń. Świniaki pohukując ruszyły galopem, za nimi pobiegła dziewczyna.

 

Skarb

 

Książę wrócił do swojego pałacu. Szybko podjął działanie. Dowiedział się, że panienka ma na imię Emilia i jest sierotą. Posłał do niej handlarzy, którzy odkupili od niej świnie a sprzedali jej owieczki. Ich oferta, był tak atrakcyjna, że zakupiła od nich kilka sukienek i buty. Książe wiedział, że miedzy nimi jest jeszcze wielka różnica w ubiorze, sposobie życia. Posłał do niej starszego człowieka. Ten pojawił się w jej chatce a raczej szałasie późnym wieczorem.

- Jestem strudzonym pielgrzymem, nie mam za co zapłacić, ale proszę cię panienko o nocleg. Mogę spać razem z barankami, na sianie. Ja nie mam wielkich wymagań.

- Dobrze, weźcie sobie tę kromkę i życzę spokojnego snu – dziewczyna podała staruszkowi kromę chleba, kubek mleka i sama udała się na spoczynek.

Kamera

Msze Święte

Niedziela:

8:00, 10:30, 17:00


Dni powszednie

czas letni:       18:00

czas zimowy: 17:00

 

Zegar
Dzisiaj jest

poniedziałek,
17 czerwca 2024

(169. dzień roku)

Święta

Poniedziałek, XI Tydzień zwykły
Rok B, II
Wspomnienie św. brata Alberta Chmielowskiego, zakonnika

Licznik
Liczba wyświetleń:
971245